sobota, 15 grudnia 2012

Werniksowe sny

Gwoli jeno informacji: w pracy wszystko cacy, to Japonka bruździ.
Shocker...
Jutro festiwal rękoczynów, na którym miałam to zaprezentować, oj, co ci ja miałam zaprezentować....
Ale był Nordcon. I Ciastko z Dziurką, Posypane Gęsto Cukrem; i kończyłam "Millenium"; i stresowałam się dołkami, kopanymi przez Japonkę. No i był Nordcon.
No i mam tylko podstawki XD Z całego PAKIETU rzeczy, jakie miałam przygotować ;__;
No nic. Nie pozostaje mi nic innego, jak zapakować ten mój mizerniutki towar ładnie, owinąć wstążeczkami, położyć na najmniejszym rożku mikro-stolika, i mieć nadzieję, że nie znikną w tłumie XD

Żeby nie było: nadal uważam, że te podstawki są przecudnej urody >_< Krwawica moja...
Tyle, że ich mało. Wszystkiego mało XD
Mam nadzieję, żę to będzie jedna z tych rzadkich sytuacji, kiedy to mniej oznacza więcej XD
...pretty please?..

wtorek, 11 grudnia 2012

Po Nordconie

Zbieram się i zbieram do napisania tej notki, ale nie idzie mi za dobrze. Słowa się zbierają niezbornie, bo mam ponadprzeciętnego ponordconowego doła.
Było tak pięknie, tak fajnie i kolorowo, a teraz znowu rzeczywistość skrzeczy, ale skrzeczy obmierźle i donośnie jak nigdy.
W przeciwieństwie do całkiem sporej liczby osób, mnie konwencja tegorocznego N-conu bardzo przypadła do gustu, w zasadzie była najlepsza, zaraz obok postapokaliptycznej.
Może dlatego, że obie te konwencje dały mi to możliwość przebrania się w przyodziewek bardzo dla mnie powabny; jest to tajonym i niewyjaśnionym szaleństwem mej duszy/ o którym wie tylko uroczy koniuszy / , że lubię wyglądać jak oberwaniec XD
Wiem, to raczej dziwne i zapewne w świecie niestosowne, ale lubię i kropka.
Te hołubione i swego czasu- jeszcze za mieszkania z rodzicami- pilnie strzeżone przed zakusami mojej Madre, porozwlekana stare łachy, z wyłażącymi nitkami, plamami po rozpuszczalnikach, odpadającymi elementami, jak np.stare rozpadające się buty, czy postrzępione, asymetryczne spódnice, kilka razy w życiu mogłam założyć i paradować w nich bez wstydu.
---ilekroć wkładam "porządną" bluzkę i "porządną" spódnicę, a jeszcze do tego "pantofle na obcasie", jestem w kostiumie.
Mam normalnie bal przebierańców przez cały rok XD Przypomina mi to dowcip rysunkowy Lengrena: dwóch mężczyzn, w przebieralni cyrkowej, gdzie wiszą wszystkie akcesoria klaunów, szykuje się do wyjścia. Jeden, w eleganckich spodniach od smokingu i wybrylantowanych włosach, stojąc przed lustrem, wiąże pod brodą muszkę, ale na widok kolegi w stroju klauna, przyczepiającego sobie właśnie okrągły czerwony nos, odwraca się i pyta z dezaprobatą, pomieszaną z niesmakiem: "Tak idziesz na bal przebierańców? W stroju służbowym???"

Chodzenie po konwencie w stroju pirata, z pistoletem za pasem (zwyczajem pirackim- kradzionym pistoletem. Ale to nie moja wina. Właściciela nie mogłam odnaleźć- a uczciwe szukałam. Całe 7 minut.), z manierką pochlupującą przyjemnie, było atrakacją samo w sobie.
Programowo, obawiam się jednak, było dość ubogo. W czwartek znalazłam sobie rzeczy do roboty; jeden konkurs (wygrana, haharrgh, do spółki z Darą), jedna prelekcja, dużo tańców w nocy. W piątek- podobnież: konkurs (zaszczytne trzecie miejsce :D ), jakaś prelka, hopsanie.
W sobotę- spadek mocy niemal do zera.Do 18:30, kiedy to odbyła się naprawdę ciekawa prelekcja, w programie niewiele się działo, a gdy wieczorem wreszcie się zadziało, ja byłam już tak wyczerpana, że ledwo kontaktowałam.
Większość nocy przebimbałam się półsennie na różnych kanapach i fotelach, zatańczyłam do zaledwie dwóch kawałków, a resztę energii strawiłam na śpiewanie aż do ochrypnięcia "Don't cry for me Argentina", z transylwańskim akcentem.
Takiego spadku formy się nie spodziewałam. Ogólnie, cały ten rok spędziłam dość spokojnie, a już jesień szczególnie. Żadnych tańców, niewiele imprez, no inercja i wyciszenie.
No to miałam za swoje, za to zakonnicze życie- godzina ledwie czwarta, a ja ledwo żyłam. No i w sobotę odpadłam przed 6, co za hańba..
Ale w ciągu konwentu pograłyśmy konkretnie w remika, śpiewajac przy tym szanty i popijając rum- ale, rum, mój Cthulhu.... Cóż to był za rum *_*  Były tradycyjne tosty u Białego, i ochrypłe śpiewy przy różnych innych okazjach. Było godnie- choć pod znakiem przeogromnego zmęczenia. W nocy z niedzieli na poniedziałek spałam 12 godzin, nim wreszcie sama z siebie się obudziłam.
Na przyszły rok obiecuję sobie solennie zacząć się przygotowywać już latem. Tańce, hulanki, budowanie wytrzymałości organizmu, żeby nie było znowu tak, że w Mirrorze puszczą wyśmienitego minimala, a ja będę mogła co najwyżej kiwać rytmicznie głową XD
A szczególnie dwie przyszłoroczne konwencje zapowiadają się bardzo dobrze. Na jedną nawet byłabym w stanie coś przygotować. Jak już się wyśpię XD
Byłam też niepocieszona, bo oba pianina w hotelu były straszliwie rozstrojone i zmaltretowane. Możliwość zagrania na innym intrumencie, niż własny, jest nie do przecenienia, więc jeśli ktoś ma pianino, a pozwala mu upaść do takiego nędznego stanu, zasłużył na baty. Choć był to również pewien rodzaj wyzwania dla palców; bo kiedy grasz, i klawisz, którym powinno być, powiedzmy, d, wygrywa coś pomiędzy dis a e, palce automatycznie przeskakują na klawiszach, szukając właściwego dźwięku. A w tym momencie trzeba się zmusić, żeby grać tak, jak ręce pamiętają, a nie tak, jak ucho dyktuje; bo przy rozstrojonym pianinie i tak się nie da i tak się nie da.
Ale za to, zasiadłszy po powrocie do pianinka, zachwyciłam się jego dźwiękiem. Jaki piękny, jaki czysty i głęboki- tak, rodzinnego pianina, które od trzech lat nie widziało stroiciela, a mimo to biło na głowę te dwa biedaki z Drejka.

Tymczasem rzeczywistość ponordconowa okazała się jeszcze bardziej parszywa, niż zazwyczaj, bo po odpaleniu pracowej skrzynki odkryłam cztery maile od Japonki, z którą pracuję, w tym dwa tak słodko-wredne i najeżone szpileczkami, że byłam roztrzęsiona przez resztę dnia.
Praca, którą wreszcie polubiłam, Która sprawia mi satysfakcję, W którą się naprawdę angażuję- i takie coś?
I znowuż- zarazą, zatruwającą mi dni, jest -ponownie- Japonka. Co ja mam z tą nacją? Jakiś karmiczny payback??  Po diabła ja poszłam na te konkretnie studia?
Dlaczego nie studiowałam florystyki albo już nawet tych cholernych wzorków?
Mam ochotę wystrzelić się w kosmos. Nie czuć, nie myśleć, nie być.
Choleeeera, no. O, resztka wiśniówki w manierce -_-
Byle do Pyrkonu. A potem w kosmos.

środa, 5 grudnia 2012

Wewnętrzny dygot myśli

Mam Reisefieber.
I to większe, niż dwa miechy temu, kiedy leciałam do Japonii XD
Bo Nordcon.
Bardzo dziwne; cieszyłam się na ten konwent tak bardzo, że aż mogło to budzić zawiść bogów, a teraz, jak o nim myślę, widzę wszystko w barwach nocy.
Nie, to nie AnnRice'opodobna poetyka, diamenty gwiazdy na czarnym aksamicie nieba, and all that jazz: naprawdę, w tej chwili mam wrażenie, że przez cały czas trwania N-conu będzie panowała noc.
---
Właściwie, jeśli, tak jak na poprzednim, będę chadzała spać o 7-8 rano, a wstawała o 15, no to rejczel XD

Idę się pakować. Może jak wszystko będzie przygotowane i sprawnie w walizce upchnięte, wyluzuję,.

niedziela, 2 grudnia 2012

Przed Nordconem

Oficjalnie strój na Nordcon mam gotowy.
Poza piżamą, którą się zajmę (czytaj: zajmie się moja mama, bo do tego trzeba maszyny, a ja łamię ostatnio igły :/) we wtorek.
Ale cały strój: obie koszule, obie spódnice, kubrak, buty, dodatki (ten element był zbierany najpilniej i z największą przyjemnością :P), a także włosy.
Tak, znów mam dredy.
Trochę mnie niepokoi, jak bardzo wyczekuję tego Nordconu, jak bardzo się na niego szykuję i cieszę. Doświadczenie uczy, że im bardziej obiecująco konwent się zapowiadał i im bardziej nań człek czekał- tym bladziej wypadał (oczywisty efekt rozpalonych nadziei i oczekiwań, wiem, but still...).
Najmilej wspominam Nordcona post-apo :) Ach, co to był za bal...
A najsłabiej?.. Nii, nie mam takich wspomnień po tym konwencie :D
Ale były lepsze i jeszcze lepsze. Mam nadzieję, że tegoroczny będzie w grupie drugiej :)

A potrzebny był mi dzień, jak dzisiaj, potrzebny...
Wstać rankiem- i to takim rankiem, co do rankowatości którego zgodziłby się nawet (średnio) wymagający "świetlik", co to kładzie się spać i wstaje z kurami. Zabrać się za stare pudła ze skarbami, bez sentymentów powywalać stare naklejki, notesiki z Czarodziejką z Księżyca (serio. Takie skarby trzymałam. Bo to swego czasu, panie dzieju... Towar deficytowy był. Kto miał, przedmiotem wielkiej był zawiści wśród fandomu :D), stare wizytówki nieistniejących już pewnie firm, zbiory kamyczków (XD) czy mocno sterane życiem plastikowe etui na komkartę O_o
Następnie wywlec wszystkie części stroju na N-con i podokańczać to, co wykończenia wymaga.
W przerwach pograć sobie na pianinie. Wyjść do sklepu. Napić się kawy. Pobawić sięz kotem.
Przez cały ten czas telefon milczał- w dużej mierze dzięki temu, że wyłączyłam mu dźwięk wczoraj wieczorem XD
Bardzo potrzebowałam takiego dnia, żeby naładować akumulatory.
Zdaję sobie sprawę, że będąc -połowicznym- freelancerem, powinnam chcieć wiecznie dzwoniącego telefonu, ożywionej wymiany maili, zleceń, możliwości, etc.
Ale ja mam jakiś mały rezerwuar energii, i taki nieustanny szmer komunikacyjny, natłok zdarzeń, obowiązków, zadań, mnie wyczerpuje do cna.
Nawet weekend we Wrocku nie uchronił mnei przed tym szmerem; praca dogoniła mnei nawet i tam.
Ja zaś co jakiś - niedługi- czas, muszę się wyłączyć z obiegu i iść się zregenerować. Totalnie zmienić tematy, otoczenie, powietrze, oderwać się od pewnych wątków, porzucić je, zapomnieć o nich na krótką chwilę.
Zresztą, w każdej dziedzinie tak jest; malując, trzeba odejść w którym momencie od sztalugi, przejść się po mieszkaniu/pracowni, czy choćby odstąpić kilka długich kroków w tył, żeby ocenić pracę świeżym okiem.
Ot, wróciwszy z Wrocka, siadłam do pianina, i- co za dziwo: kawałki, które dopiero ćwiczyłam, wprawkowo, przed wyjazdem, nagle szły mi rewelacyjnie O_O Palce niemal ślizgały się po klawiaturze, lekko, bez wysiłku- naturalnie.
Dobrze, że udało mi się zapanować nad zaskoczeniem, inaczej bez ochyby zgubiłabym rytm :D
Wystarczyły trzy dni z dala od klawiatury (no, prawie :D w "Schodach do Nieba" we Wrocku zdybałam pianinko :3 rozstrojone nieczko, ale dające dzięki temu niesamowity dźwięk, rodem z saloonu. Brakowało tylko porykiwań gawiedzi i fruwających nad głową stołków, ale nic z tych rzeczy. That be a fancy place :D)
Dziś troszkę wypoczęłam.
Od jutra aż do środy- praca.
A w czwartek- hej... there I be, with me precious--- :D

poniedziałek, 19 listopada 2012

Prog fan

Kawałek, który ostatnimi czasy mnie pochłaniał, którym się zachwycałam skrycie, pomstując na to, że nie mogę grać o mojej ulubionej porze na granie (czyli w nocy), w międzyczasie przeszedł do tej nienawistnej mi fazy odgrzewanego posiłku.
No fajnie, ułożyłam.
Ale czy to zaraz takie cudo?.. W swojej wczesnej fazie wydawał mi się taki piękny.
A teraz wyszły zmarszczki codzienności; "ach, gdzie te niegdysiejsze śniegi.." :P
Pokuszę się o opis- oczywiście, właściwie głównie dlatego piszę :D

Jestem- niech zacznę w ten sposób- wielką fanką progresywnego rocka.
Uwielbiam, kiedy w muzyce "progowej" linie dźwięku wirują wokół siebie, oplatają się i przenikają. Czytałam nawet gdzieś sformułowanie, że jest to nowa klasyka; owszem, niekiedy barokowa w brzmieniu, ale "wsyoka": trudna, złożona, misterna.
---Dobra, wywaliłabym piętnastominutowe solówki na perkusję, ale tak poza tym- progresywa jest wspaniała. Zasłuchuję się w tych plecionkach dźwięku i nigdy nie mam dość.
Bo czy to w rocku progresywnym, czy w jakiejkolwiek innej muzyce- ambiencie, śpiewach chóralnych, muzyce filmowej- uwielbiam właśnie plecionki. Pasma dźwięku, tworzące giętkie, floralne linie, splątane w pozornym bezładzie, a z tego- wydawałoby się- chaosu wyłania się nagle idealny, przerażający w swojej harmonii porządek.
Porządek wzięty z natury, oczywiście, gdzie nic nie jest pod linijkę, ale ma swoje właściwe miejsca, na których pięknymi łukami lądują przypisane im sekwencje dźwięku.
I muzyka, w której ta harmonia nagle się wyłania, niczym (pan) Wenus z piany, jest idealna.
Miękkie sploty dźwięku, tworzące koniec końców nierozrywalną kolczugę.
Takoż, uwielbiam, kiedy kawałek jest tak posplatany, że, zdałoby się, grają go trzy ręce, nie dwie. Kiedy umyka uchu moment, w którym ograniczona genetyką ilość palców robi nagle coś pozornie niemożliwego- a bardzo często prostego w istocie.
Oczywiście, cały utwór nie może trwać w tym duchu; dławiłby.
Musi byc w nim powietrze, przestrzeń; fragmenty spokojniejsze, gładsze, wyciszające. JAkoby strumień, zwalniający na rozlewisku.
A potem znów zagęszczenie.

Ten nowy utwór, wbrew moim staraniom, nie ma zaokrąglonych linii. Jest w nim pruski porządek, jakby składał sie z -różnej wielkości i barwy, owszem, ale--segmentów.
Znów jest słodki i pozytywny, i miło, że tyle we mnie (as it would seem) radości, że wyrażam ją bezwiednie.
Lecz reasumując, odbieram ten utwór jak słodki herbatnik z dużymi kryształkami cukru.
Po nawet najsmaczniejszym ciasteczku, jeśli będzie takie słodkie, masz ochotę na kiszonego ogórka, albo marynowaną paprykę.
Toteż póki co, ilekroć go gram, prawie słyszę zgrzyt cukrowych kryształków w zębach.
Czuję fakturę mojego biednego herbatnika, pokruszonego na równiutkie, sześcienne okruchy.

środa, 14 listopada 2012

Notatka

Mental note: pending/musical challenge-->Shin_folder: do zrobienia jak tylko sie wyspie/doczytam(sypiam i po 12 godzin, z duzym upodobaniem to robie)/ulepie/skomponuje do konca.
Soon.

wtorek, 13 listopada 2012

Podstawki

Przybywa uczniów. Przybywa spraw, którymi należy się zająć. Przybywa rzeczy, mimo iż co kilka dni staram się wyrzucić lub w inny pożyteczny sposób zutylizować w przeszłości ważne a obecnie nic nie warte "skarby".
Książek udaje mi się zachować stałą liczbę constans; niedawny book change zakończył się remisem, zaniosłam sześć- i przyniosłam sześć, i zdaje się, że idea bookcrossingu gdańskiego zaczyna nabierać szlifów i zgrabnych kształtów. Sądząc choćby po moich zdobyczach pokuszę się o stwierdzenie, że poziom i jakość przewijających się przez stoły książek, rośnie z book-change'a na book-change.
Przyniosłam łupy do domu (późnym wieczorem, bo po drodze przygodziła mi się jeszcze sesyjka "Ucieczki z Innsmouth", przezacna to planszóweczka), i po raz kolejny doszłam do wnosku, że jestem uzależniona od książek. Ilekroć przynoszę jakieś do domu- czy to z biblioteki, czy właśnie z wymiany- czuję się jak ktoś, kto właśnie wypełnił po brzegi spiżarkę i zatkał pakułami wszystkie szpary w oknach.
Winter is coming, hm? So what, let it come- I'm ready :)
Obecnie czytam kryminał szpiegowski, osadzony w przedwojennym Gdańsku, mniam :3
Ale poczytuję go w czasie skradzionym; jako rzekłam, pracy mi przybyło, a raczej- ilekroć myślę, że już się uporałam z obowiązkami na parę dni i będę mogła się zająć ważnymi rzeczami- coś się pojawia, i znów należy oddłożyć wszelkie pilne (i przyjemne) sprawy na bliżej niesprecyzowane "potem".
Dlatego, śladem wszystkich eskapistów, siedzę i robię podstawki.
Niewiarygodnie mnie to relaksuje.
To jest tak samo przyjemne, jak granie na pianinku; umysł przechodzi w jakieś kosmiczne fale theta, nie tyle śpi, ile drzemie, pracują tylko ręce, a w tle przygrywa muzyka, lub leci odcinek "Tudorów".

Zaś rzeczone podstawki- jeszcze niewykończone, ale o kształcie już zdefiniowanym- których produkowanie to naczystszej wody terapia zajęciowa, takie to przyjemne, wyglądać będę tak:

Radość tworzenia... Niezależnie od tego, co to jest.

piątek, 9 listopada 2012

Media

Nie pojmuję, co się dzieje z polskimi serwisami informacyjnymi.
Nagle zobaczyły internet i zobaczyły, że jest on dobry.
Gazeta.pl odkryła Twittera i teraz każdy nagłówek opowiada nam, co kto wyćwierkał- przy czym jest to z reguły jakiś pseudo-celebryta (dla mnie osobiście no-name). Ekscytują się tym, jak nastolatka śledząca doniesienia o fryzurze Justina Biebera.
Zamiast uczciwej pracy dziennikarskiej- ploty z Twittera, no jak rany...
Coraz częściej też media powołują się na to, co napisał ten czy ów blogger.
Co mnie obchodzi, że jakiś blogger wycofał swój podpis z listu poparcia wobec partii X. To ma mieć dla mnie znaczenie, bo...?

To było do przewidzenia, że gadające głowy z telewizora czy łamów tygodników i dzienników, zostaną prędzej czy później zastąpione nickami z sieci. Jednak ważkość opinii kogoś, czyjego nazwiska nie znamy, bo ukryte jest za ksywą, zdaje sie być nieco mniejsza.
Brak autorytetów wq naszym kraju, czy jak?..

środa, 7 listopada 2012

Przyszłość w kinie

Taka mnie naszła refleksyja, kiedy się zabierałam do pisania, że gdybym ćwiczyła całe ciało tak, jak ćwiczę codziennie palce (pisząc, ale przede wszystkim grając), to byłoby, no pięknie by było.
Mieć wyrobione mięśnie na palcach, no po prostu... Obłęd :D

Filmy; tak, w minionych dniach zagłębiłam się w tematykę futurystyczną, która ostatnimi czasy ponownie zawładnęła ludzkimi umysłami. Mnóstwo pojawiło się filmów-prognoz, gatunku osobiście bardzo przeze mnie lubianego (szczególnie jeśli przyszły świat to antyutopia, świat Orwellowsko-Gibsonowski, jednym słowem wspaniały soczysty cyberpunk, względnie mniej ponury postcyberpunk. Zawsze mnie fascynuje, jak kreatywni będą jego twórcy, jaką możliwą wizję przyszłości zaprezentują).
Przede wszystkim odświeżono motyw modyfikowania pamięci i generalnie przewracania ludziom mózgu do góry nogami, a także motyw podróży w czasie.
Ten pierwszy pojawia się w ciekawym remake'u "Totall recall" ze Schwarzusiem, z 1995 roku; wiele osób wyrzeka na brak Marsa, w miejsce którego wstawiono Australię, która ponownie jest wyzyskiwaną kolonią bardziej uprzywilejowanej (i jedynej innej istniejącej- post/apo, jakby nie było) części świata.
Bardzo mi się podobał ten upadły świat i zniszczone po wybuchach różnych paskudnych rzeczy połacie ziemi niczyjej, podobał mi się- po raz pierwszy- Colin Farell, jak i idea "The Fall"- straszliwej windy, przerzynającej glob ziemski przez środek, tak, by można się było dostać z imperium do kolonii w przeciągu kilkunastu minut.
Dobre; świetne propozycje technologii przyszłości, wartka akcja, bezmackowy Davy Jones jako bojownik o wolność, i The Fall, przede wszystkim The Fall...

Motyw drugi stanowi bazę serialu "Continuum", którego pierwszy sezon obejrzałam w kilka dni. Żeby nie było- sezon króciutki, kilkanaście odcinków. Widać sporą przestrzeń- uczciwie eksploatowaną- na odcinki-zapychacze, nie dodające wiele do fabuły, co nie zmienia faktu, że historia jest interesująca. Paradoks czasoprzestrzenny to jedna z tych rzeczy, na których umysł się zapętla i w którymś momencie wierzysz, że jesteś w stanie napiąć cięciwę łuku i strzelić sobie w plecy. Czacha dymi- ale każde nowatorskie podejście do idei jest mile widziane.

Ale bardziej chciałam się skupić na dwóch innych tytułach.
Pierwszy- to "Looper".
To też film bazujący na idei podróży w czasie, ale nie czyniący z niej centrum fabuły. Tu ważniejszy jest paradoks, ale dla mnie przede wszystkim to film buddyjski.
Przekaz podano w prostej formie, oczywiście, dosłownie i obrazowo, przez co łatwiej znaleźć paralele.
Podobno w "Matriksie" w kanwę opowieści wpleciono silnie idee sekty Sai Baby, której to sekty rodzeństwo Wachowskich jest wyznawcami.
Jak to w ygląda w filmie "Looper"?
Uwaga, spoilery.
Bohater doświadcza na własnej skórze i obserwuje na własne oczy, jak pasje, namiętności, gniew, miłość, zemsta, wciągają ludzi w wir śmierci i zniszczenia, w powtarzającą się pętlę cierpienia, błędne koło- aha, koło.
By wyjść z tego zamkniętego kręgu, trzeba odrzucić własne "ja". Zabić je, mówiąc dosadnie. To jedyny sposób przerwania cyklu.
Niektórzy pewnie mogą spekulować, czy mały Reignmaker to jakaś młodsza wersja naszego Loopera- to nie tak. On jest kontynuacją tego samego cyklu przywiązania i niskich instynktów, powiela historię cierpienia dopóty, dopóki nie nastąpi wyzwolenie z kręgu samsary.
Śmierć ego, zniknięcie ja.
I tak naprawdę, w ostatecznym rachunku, jedynym z tej opowieści, który się ratuje, to właśnie główny bohater.
Ciekawy film; jedyny problem to ten, że obydwaj bohaterowie grani są przez bardzo lubianych przeze mnie aktorów (Willis i Gordon-Lewitt), i za nic nie mogę uwierzyć, że obaj bohaterowie nie są dobrymi ludźmi.
No nie są. Są bezlitości, samolubni i brutalni. No ale...ale to przecież Bruce Willis i pokrzywiony chłopak z "Mysterious Skin", no to jak?...P

Ostatni tytuł, jaki dziś przemagluję, to długo wyczekiwany "The Devil's Carnival".
Jednym z twórców jest Terrance Zdunich, twórca "Repo! The Genetic Opera", majstersztyku, nieporównywalnego z niczym innym.
Diabelski Karnawał jest....nie wiadomo, czym.
Ani filmem, ani rock-operą, trochę przypomina dziwaczny teatr telewizji, a troche długi klip. Piosenki nie wpadają w ucho, nie wabią, nie prześladują- co działo się w przypadku ścieżki dźwiękowej z "Repo!.."
Obejrzałam i poczułam się, jakby ktoś mi powiedział, że Gwiazdki nie będzie.
Panie Zdunich, proszę, naprawdę nalegam, by wrócił pan do pracy solowej, bez asocjowania się z dziwnymi ludźmi, którzy na pewno sikają do dżemu, a w domu śledzą z zapartym tchem "Szansę na Sukces".
Pokrótce: jest to 45 minutowa opowieść o trójce ludzi, którzy na skutek własnych nierozważnych czynów umierają i trafiają do piekła, gdzie większość z nich pozostaje.
Jedyną moją nadzieją są słowa Lucyfera- o paradoksie- o tym, że właśnie nadechodzą zmiany, i że teraz zamierza przejąć niebo.
Więc może cały ten karnawał to tylko rodzaj niskobudżetowego prologu do jakiejś pełniejszej, sensowniejszej całości? Oby. Naprawdę, mam ogromną nadzieję, bo doprawdy...
Jedyna piosenka, która mi się w miarę spodobała, to taka, któa sie nomen omen przyda na tegoroczny Nordcon :P

niedziela, 4 listopada 2012

Śmiechem jesień czas zacząć

Miałam nadzieję, że dotrą do mnie zdjęcia z imprezy Halloweenowej, cobym je mogła tutaj zapodać, niestety- dopóki po nie nie pójdę (i po blaszkę, i po pojemniczek po gałkach ocznych >_<), to ich chyba nie zobaczę. Pozwólcie zatem, że się jedynie pochwalę, iż udało mi się wmówić koledze, jakobym pod czarną krótką -na pazia ściętą- peruką miała jeszcze krótsze włosy własnego koloru, w co ten drogi człowiek uwierzył. Zapewniając mi tym samem wyborny humor na długo. Bardzo się zdziwi, kiedy wpadnę po zdjęcia i szafliki, bo od wczoraj mam włosy mocno płomienno-marchewkowe. Ogólnie- chaos i dezinformacja, czyli pławię się w szczęściu i poczuciu dobrze wypełnionego dyskordiańskiego obowiązku.
Sam fakt paradowania w peruce dostarczył mi sporo rozrywki, ot, choćby w momencie, kiedy w tańcu mój partner mnie przechylił w tył, a gdy powstałam- nie miałam już na głowie czarnej czupryny. Własne włosy, upięte ciasno pod peruką, wyglądają smętnie, dość powiedzieć: nie bardzo je widać. Toteż, pechowiec, przechylił był brunetkę- a powróciła łysa pałka. Myślałam, że padnę ze śmiechu, szczególnie widząc jego popłoch :D
 Ech, radość...
Dziś za to poplanszówkowałam sobie ponownie. Wieczór miał być steampunkowy, po czym okazało się, że przebrały się w sumie trzy osoby (w tym ja, naturalnie). Ja nie wiem- jak można, mając okazję się przebrać i zupełnie legalnie poparadować w jakimś wymyślnym stroju, wybrać nie-przebieranie się? Toż to sama radość.
Rozmawialiśmy w którymś momencie o serialach i obecnym przekraczaniu granic przez telewizję publiczną. Która w paśmie niekodowanym wyświetla takie rzeczy, jak "Spartacus" czy "Sons of Anarchy", a przecież nie dalej, jak w latach 70-tych był wielki szum, kiedy w "Star Treku" pokazano parunastosekundowy pocałunek dwóch kobiet- z tym, że jedna była opętana przez kosmitę-mężczyznę. I rozmawiamy, polecamy sobie różne seriale- od razu z nakreśleniem cech charakterystycznych, tudzież ogólnego klimatu (była przy tym obecna jedna małoletnia). W dużym skrócie i ogromnym uproszczeniu:
(kolega 1)- Seks, przemoc, seks.
(kolega 2)- Krew, przemoc, krew.
(kolega 3)- Cycki, cycki, cycki.
(ja)- Psychodela.
(wszyscy trzej, ze zgorszeniem) - No ale nie przy dziecku!
:D
Kurtyna - pęka (ze śmiechu).

PS. Z planszówek nowym moim odkryciem jest Cthulhu Gloom- gra, w której należy jak najbardziej malowniczo i wykrwawiająco załatwić swoją drużynę, starając się przy tym utrzymać drużyny przeciwników w kwitnącym zdrowiu i generalnie- przy życiu.
Ciekawe doświadczenie: zgrzytać zębami z bezsilnej frustracji, bo oponent właśnie wykończył kolejną swoją postać, a twoją- uzdrowił, chamski cham :D


Ps2. Kolega 1 mówił o "Grze o tron", 2- o "Synach Anarchii", 3- o "Spartakusie", a ja oczywiście o "Mighty Boosh" :D