piątek, 15 lutego 2013

Różnica czasu

Wstałam od gry w Dragon Age'a i nieśpiesznie zaczęłam sie zastanawiać, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym wieczorem.
Poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę i zdębiałam, kiedy kuchenny zegar uwiadomił mnie, że oto pierwsza minęła.
Czyli znów poczucie czasu mnie opuściło; co oznacza, że od kilku godzin trwa noc, jest już późno dłuższą chwilę. A ile dokładnie chwil temu wyżywałam się radośnie na pianinie, bo akurat miałam dużo energii, a w kamienicy było przyjemnie i ---no właśnie: cicho? Myślałam, że jest raptem po ósmej, kto by tam patrzył na zegarek. Zresztą - nie mam zegarka.
No dobra, mam, ale nie noszę, jest plastikowy i nieprzyjemny w dotyku, i sztywny tak, że stoi na przegubie prawie na sztorc. Dostałam w uznaniu zasług- prawie jak amerykański policjant, idący na emeryturę, tyle że amerykański glina dostaje złotego rolexa, a polski tłumacz dostaje plastik z Van Goghiem :D Ładny, w błękitach taki, ale nie noszę zegarków. W telefonie jest- ale ten zaś cholera wie, gdzie. Gdzieś tam leży pewnie. Chyba XD
Oooops.
No ale nikt jeszcze nie przyszedł, nocą, kolbami w drzwi załomocą---tać. I chwała bogom, bo wyszły mi bagnety na tą chwilę.
...Hej, a może przez cały czas chodziło o kolby kukurydzy? Gotowane, na przykład?
Widzicie to? "Otwierać w imieniu Władzuchny! <paćk! paćk! paćk!> Otwierać, albo napchamy kukurydzy w dziurkę od klucza".:D

Tak czy inaczej- potrzebuję udać się na koncert, najlepiej muzyki klasycznej. Z braku takowego znalazłam dziś całkiem przyjemny koncert Mahlera na YT, ale jednak prawdziwy, żywy dźwięk to jest najlepsze antidotum na pozytywkę w głowie, nie mówiąc o tym, jak na zastój w pracy TFUrczej.
Opera też by mi dobrze zrobiła... Poza tym wypadałoby inaugurować kieckę, jaką na okazję rozrywek wysokich sobie uszyłam- prawie całkiem sama, i prawie już skończyłam :]
Więc teraz prawie muszę znaleźćokazję, żeby ją prawie włożyć XD
Ostatnio w RMF classic- które jest jedynym polskim radiem, jakie słucham- puścili bardzo dużo przyjemnej klasyki, standardowo Prokofiew i Vivaldi, ale w pewnym momencie zagrali takie ckliwe, kiczowate zło, taki sielankowy muzyczny landszafcik, że coś okropnego. Wysłuchałam tego z niesmakiem, zajęta swoimi sprawami, ale kiedy spikerka po szczęśliwym dobiegnięciu utworu do końca powiedziała "To był Ludwig Beethoven..", moja głowa samoczynnie, jak na dobrze naoliwionej sprężynie, podskoczyła i obróciła się w stronę radia, z towarzyszącym temu niekontrolowanym i pełnym zawodu: "No Ludwiku!" :D Martwy od stuleci, a jeszcze potrafi człowiekowi takie coś zrobić :D
W ramach detoksu tedy- Apassionata:

czwartek, 14 lutego 2013

Sen

Śniło mi się dziś coś przerażającego: dostałam pracę w dużej firmie, gdzieś na ciemnej, odciętej od świata pipidówie.
Pierwszego dnia- w poniedziałek- znalazłam się w firmie: wiele rozrzuconych na przestrzeni setek hektarów, cichych i pustych budynków, z rzadka smętny pracownik w kombinezonie, przemykający w oddali. Cichy szum generatorów.
Żywego ducha.
Ludzi odnalazłam w biurze, gdzie rozpoczął się meeting. Brałam w nim udział, mimo iż kompletnie nie wiedziałam ani co to za firma, ani w jakim charakterze mnie tam zatrudniono.
Meeting odbywał się w naszym salonie, w sopockim mieszkaniu, a prowadził go szef, który wyglądał jak George Martin (minus czapeczka).
Zebrani pracownicy emanowali tą zblazowaną pewnością siebie na pokaz, wynikającą z faktu, że pracują w firmie już całe dwa lata, między sobą mówią na szefa "stary" i generalnie- wiedzą już, co i jak.
Meeting skończył się o 22:45 i okazało się po pierwsze, że potraktowano to jako mój dzień zero, więc mi nie zapłacą, po drugie- że nie mam jak wrócić do Gdańska, a nikt nie chciał mnie podwieźć.
Dziękuję ci, śnie :) Dobrze było się obudzić i stwierdzić, że tym właśnie byłeś- snem tylko.

Zresztą, co kilka dni tak mam- szczególnie, kiedy pogoda dopisze; że idę sobie ulicą, i nagle, jak nie przymierzając grom z jasnego nieba, spada na mnie poczucie ogromnego szczęścia: jestem w Gdańsku.
Cholera, no niech mi ktoś powie, że huna to bzdurki-bajdurki
Because I had a dream... And now it's my reality :D
Tylko słońca mi tu brak.
Ale nic to, czekam, aż tamten żółty dom z niebieskimi okiennicami zamajaczy na horyzoncie zdarzeń.
Względnie ten:

Tymczasem zaczęłam pracę nad nowym kawałkiem. Nie jest to ta iskra boża, jak w przypadku poprzedniego, co nie zmienia faktu, że motyw zakotwiczył w mojej głowie, i nie daje się stamtąd wyciągnąć, zagłuszyć, wyłączyć choćby na moment. Ciekawy etap, pełen możliwości, ale na dłuższą metę męczący.
Wyobraźcie sobie- calutki czas mieć w głowie włączoną pozytywkę XD

poniedziałek, 4 lutego 2013

Opowieści z Meekhańskiego pogranicza

Przeczytałam "Niebo ze stali" Roberta Wegnera.
W przeciągu kilku tygodni zapoznałam się ze wszystkimi opowieściami z Meekhańskiego pogranicza, połknęłam je z zachłannością, jakiej dawno nie odczuwałam przy czytaniu.
Furda sen, sen jest dla słabych, odeśpię jak skończę, i tak siedziałam do 4, do piątej, a czasem- z bólem serca i ogromnym wysiłkiem woli- do ledwie drugiej.
I przeczytałam.
I----i teraz co?
Natychmiast rzuciłam się do sieci, szukać informacji o kolejnej części, pewna, że skoro "Niebo.." miało swoja premierę w marcu zeszłego roku, lada moment możemy sie spodziewać kolejnego tomu.
Prawda?....Z pewnością, musi tak być, prawda?...
Bo na sieci ni widu ni słychu. Wyszukiwarka wyrzuciła mi jakieś strzępy zapowiedzi sprzed roku, sprzed dwóch, aż niewiarygodne.
Toteż nie dowierzam.
Ktoś coś na pewno wie. Na pewno ktoś zna ludzi, którzy znają ludzi, a owi z kolei- znają odpowiedzi.
Chcę tego kolejnego tomu bardziej, niż kolejnego tomu "Gry o tron", który owszem, wychodzi za parę tygodni, i cóż z tego, niewiele pamiętam z poprzedniego tomu, poza tym znów będzie tak, że spotkamy jedynie kilku z ogronej rzeszy bohaterów.
Ja chcę Meekhańskie pogranicze >_<
I Północ :) Nadal północna drużyna jest moją ulubioną; Wozacy budzą zarazem sympatię i litość, czaardan Laskolnyka- sympatię i podziw, zwłaszcza sam generał. Kailean mnie drażni; wściekła jakaś, czy co? A niech sczeźnie. Natomiast Czerwone Szóstki najzwyczajniej w świecie uwielbiam. Znalazłam porównanie z "Thorgalem"- przyznam, że i mnie przyszło do głowy, kiedy czytałam "Północ" i może to jedna z przyczyn, dla której drużyna z gór jest moją ulubioną. Issar Yatech i cała jego dziwna wędrówka---zaplątane. Podejrzewałam częsć rzeczy, owszem, ale całe Południe jest mocno deliryczne, a coś takiego lubię u Vonneguta bardziej, czy Viana :P
Zachód- dobry. Przeczytałam jednym tchem. Ale już nie pamiętam imienia głównego bohatera XD Choć bardzo go polubiłam. Czekam, aż wróci.
I uwielbiam wszystkie możliwe rodzaje magii, które pojawiają się we wszystkich częściah, a zwłaszcza we "Wschodzie". To między innymi sprawia, że ten świat jest tak bogaty i różnorodny- jest i szamanizm, i zrytualizowana magia "wysoka",  i plemienne czary, magia krwi, magia zwierząt, dziwna, obca magia Aherów, no cudności.
Pytanie do tych, co czytali- ciekawa jestem, więc się wypowiedzcie, proszę: jaką magię byście wybrali? :)
Jest aspektowana Moc; są Mówcy Koni: Łowcy Duchów: Rozmawiający z Duchami: Widzący; Słyszący; są Dwukształtni; są Źrebiarze. Jeszcze pewnie paru, o których zapomniałam.
Mi najbardziej spodobała się magia Dag, Widzącej i Słyszącej :D Noszenie magicznej zbrojowni na sobie w formie koraliczków i bransoletek, które w stosownym momencie można zerwać i cisnąć we wroga, robiąc mu w ten sposób różne rzeczy? Bring it :D

sobota, 2 lutego 2013

Gdzie jest słońce?

Moje marzenia się ostatnio bardzo skonkretyzowały.
Przymykam oczy na zawiesistą szarość za oknem i zawzięcie wizualizuję sobie to, co mi sie marzy.
Stary dom na klifie, pustawy, z niewielką ilością sprzętów, o wysokich oknach i wysokich pokojach, w słonecznej strefie geograficznej; w głównym pokoju, z tarasem wychodzącym na morze, fortepian i wygodny szezlong, stosiki książek. Gdzieś w obrębie domu- potrzebne do przetrwania, niezbędne drobiazgi (w tej grupie mieści się, oczywiście, wino i sery).
Dużo świeżego powietrza, słońca, morza, ciszy i spokoju.
Jest to tak sprecyzowane, obleczone w formę marzenie, i tak silne, że czekam niemal, aż rozpruje się warstwa rzeczywistości i wspomniany dom zwieńczy rozwijającą sie nagle przede mną ścieżkę, możliwe, że brukowaną żółtą kostką.
Nie pogardziłabym takim, na przykład:

Wczoraj zadałam sobie wyrafinowane tortury, bo ślęczałam przed kompem i przeglądałam zdjęcia pod hasłem: Greek cottage; Spanish cottage; mediterranean cottage; sunlit terrace, itd. Dlaczego człowiek to sobie robi?..
Powietrza mi trzeba; powietrza i słońca. W Gdańsku, przy takiej aurze, jaka panuje obecnie, w powietrzu kłębi sie smog. Wgryza się w oczy, nos, przesącza przez ubrania, nie można nawet o pewnych godzinach otwierać okien, bo swąd natychmiast rozgaszcza się w mieszkaniu. Mam wrażenie, że mam szarą nie tylko skórę, ale nawet krew.
No więc przez godzinę głodnym wzrokiem oglądałam zalane słońcem, śródziemnomorskie uliczki, białe ściany z niebieskimi okiennicami i roziskrzone morze.
A potem, może z tego rozkojarzenia, przed zaśnięciem, nie mogłam się doliczyć swoich utworków. Nie to, że je sobie zawsze zliczam przed snem, nic takiego. Ale raz na jakiś czas trafia mnie pytanie: co ja właściwie tam w tej puli mam? Za każdym razem muszę liczyć od początku, a i tak się wczoraj pomyliłam i zapomniałam o jednym. Dopiero głębokie poczucie, że coś się nie zgadza, pozwoliło mi wreszcie, po kilku długich minutach, odkryć zgubę.
Wszystko to zaś dlatego, że ostatnio nie chce mi się ich zapisywać. Na razie mieszczą się wszystkie w głowie i palcach, więc nieprzyjemne zadanie spisania ich odkładam wciąż na później. Ale skoro zapominam powoli o istnieniu co poniektórych... A przecież jest ich ledwie dwanaście.
Chyba...
W tym jeden, który nazywam "okruchem", bo jest krótki, instrumentalny i bardzo bardzo prosty. Taki okruch :D
Słońca, ciepła, argh XD

poniedziałek, 28 stycznia 2013

The bioluminescence of the night

Pierwsza w tym roku wróżba muzyczna; poddana lekkiej selekcji, bo powróżyłam sobie z samych ścieżek dźwiękowych.
Nie jestem w stanie stworzyć sensowniejszej notki, albowiem dziś była pełnia. Dla mnie zaczęła się wtedy, kiedy się położyłam spać o tej drugiej w nocy. O czwartej byłam bliska poddania się, powstania, włączenia światła, i zajęcia się czymś pożytecznym, bo nie znoszę marnować czasu w sposób bezsensowny. Sensowne marnowanie- czyli np. przyjemne, choć nie dające żadnej innej wymiernej korzyści, jak tylko właśnie przyjemność- jak najbardziej.
A bezsenność podczas pełni to jest fakt; nie macie pojęcia, jaka byłam zdumiona, kiedy dwie moje koleżanki z Rumunii patrzyły na mnie jak na ufoludka i dobrotliwie pokpiwały sobie z "dziwnych polskich wierzeń i przesądów". Dla mnie jest to tak oczywiste, jak powiązanie pływów i faz księżyca, albo grawitacji i nieuniknionej konsekwencji wyskoczenia za klif. Tak po prostu jest, że ujmę to tak elokwentnie.
Okazuje się jednak, że to przeurocze działanie Lunka nie obejmuje wszystkich (szczęściarze...) . Ciekawa jestem bardzo, dlaczego jednych tak, a innych nie.
No w każdym razie- dziś nie tryskam energią. Przeto- wróżba.
---i kurczeż, no też mi noworoczne postanowienie, pff -_-'

1. If someone says, “Is this okay?” You say?
I want it all.

2. How would you describe yourself?
End suite (how poetic...:P)

3. What do you like in a guy/girl?
Guilty of being innocent

4. How do you feel today?
Romano horo XD

5. What is your life’s purpose?
In the chamber of secrets

6. What's you're life's motto?
This life (very---accurate, in a way)

7. What do your friends think of you?
Outlined surfices

8. What do you think of your parents?
Chez Olaf XD (not true, they are not like Olaf XD)

9. What do you think about very often?
Hamsafar (-_- riiiight.)

10. What is 2 + 2?
Ruby; so cute, so creepy.

11. What do you think of your best friend?
Hunith`s letter to Gaius (that actually is very, very sweet thing to think about anybody)

12. What do you think of the person you like?
The Reveal. (yes, reveal your true identity >_<)

13. What is your life story?
Maro Jailo remix.

14. What do you want to be when you grow up?
Don`t owe you a thang.

15. What do you think of when you see the person you like?
The Doll House. (not creepy at all XD)

16. What will you dance to at your wedding?
Extravaganza (from `Dorian Gray` :) )

17. What will they play at your funeral?
Proposal/Down the hole :DDDD

18. What is your biggest fear?
Forest interlude 2 (again, the forest is my fear O_O What are you trying to tell me, oh Deep One???)

19. What is your biggest secret?
The Pirate That Should Not Be.

20. What will you post this as?
The bioluminescence of the Night

21. What's your motto for this month?
Majestic Feeling :D

22. Your New Year`s resolution is...
Atonement -_-

piątek, 25 stycznia 2013

Dylematy muzyczne

Mam dylemat.
Rzecz dotyczy, jak zwykle, tekstu piosenki.
Tekst mam, nawet dwa. Oba pasują, jeśli chodzi o metrum- idealnie, jeśli chodzi o treść- również. Dość powiedzieć, że oba wiersze pochodzą z tomu "Strofy z dreszczykiem", co da pewne wyobrażenie o rodzaju melodii :P
Sęk w tym, że pierwszy z tych wierszy, ten, na który padł mój wybór, ma o jedną zwrotkę za mało, żeby się ładnie piosenka ułożyła. Zostaje mi puste przejście, gdzie powinien znaleźć się tekst.
A tekst ładny; "Maska" pióra Stefana Georga.

Sale w jedwabnych lalek tańcach skrzące
Kołyszą się lecz w rozpętanym wirze
Jedna z nich kryjąc twarz z gorączką w mące
Spostrzegła że już Popielca pobliże.

Wymnkąwszy się w bezludny park na płaskim
Brzegu wzgardziła maskaradą całą
I przechyliła się drżąc z lodu trzaskiem
W głuchy ziąb...z dala do tańca wołało.

Nikt wśród rycerzy i dam w żwirze wodzie
Nie odgadł jej pod wodorostów kępą
Lecz kiedy wiosną szli znów po ogrodzie
Od stawu nieraz coś ciurkało tępo.

Płocha gromadka z figlarnej epoki
Słyszała wprawdzie z dna szczególne szmery
Ale ich podziw nie był zbyt głęboki
I brali to za zwykłe fal chimery.


Urocze; niestety- potrzebuję pięciu albo sześciu zwrotek. Jak by było cudownie, gdyby się okazało, że w piewotnych szkicach wiersza było więcej strof, tylko twórca je z jakiegoś powodu odrzucił... Cztery zmuszają mnie do niemożebnego ściśnięcia i okrojenia kawałka, ze stratą dla opowieści, rysowanej melodią (która, choć prosta, nie jest taka zła chyba- Fasola powiedziała, że główny motyw chciałaby mieć na komórce *_* Podejrzewam, co prawda, że wycięłaby te wszystkie "nawiedzany-zamek-upiory-jakieś-głuchy-pogłos-zamykanej-furty-cmentarnej" motywy, ale cóż zrobić: ja się bez nich nie mogę obejść :P)
Albowiem drugi wiersz- to "Upiór" Mickiewicza.
I tu jest problem wręcz owrotny: ten poemat liczy sobie 24 strofy XD
Nieczko za wiele...
A okrojenie wiersza, zeby pasował do muzyki, wydaje mi się strasznym naruszeniem dobra intelektualnego, brakiem poszanowania dla twórcy i co tylko- nie, że Mickiewicz zasługiwał na szacunek, albowiem jest wręcz przeciwpołożnie. Ale jego wiersze to inna sprawa. Nie mogę porąbać wiersza na kawałki, żeby mi pasował; to tak, jakbym chciała rozstrzaskać piękną jońską kolumnę, żeby pasowała jako podpórka pod rozchybotany regał, a do tego wystarczy mi mniejszy kawałek.
No i co robić?
Wybrać kawałek "Upiora"? Czy po prostu w "Masce" zagrać jedno przejście "puste", bez śpiewu, ewentualnie z jakimś "Aaaa...Aaaa"? Czy w ogóle wywalić przejście i zgodzić się, żeby utwór stał się troche niewyważony?
Ech.
A już przez moment tak pięknie to widziałam...

czwartek, 24 stycznia 2013

Blinded by sound


Znowu mi się to zdarzyło, znowu, o szczęsny dniu *_*
Po kolei: siedziałam, wystawcie sobie, przy pianinie, biedząc się nad kawałkiem, nad którym siedzę już od dobrego tygodnia- no mam wszystkie części składowe, niby, ale czegoś w nim brakuje, jakiegoś krótkiego przejścia, które spoiłoby wszystkie części jak melasa. Niby mam już całość ułożoną, poskładaną, ale czuję tam--"krawężnik". Utworek podskakuje na niewidzialnym wyboju.
I podejrzewam, że człowiek z wykształceniem muzycznym miałby wątpliwości co do metrum tak tego kawałka, jak i poprzedniego, zwanego `Okrągłym Ciastkiem z Dziurką, Posypanym Gęsto Cukrem`.
Notabene, Fasola pomogła mi znaleźć dla niego oficjalny, wyjściowy tytuł, a mianowicie `Ozone cracker` :)

Teraz już nie ma rady, muszę znaleźć tytuł dla poprzedzającego go w chronologii kawałka, który z upodobaniem sobie grywam, a który w myślach nazywam `tym jazzowym` XD
Choć jazzu w nim tak tylko troszeczkę...
...
No więc, podejmując główny wątek: siedziałam sobie, i dla odprężenia zaczęłam grać coś innego, kiedy nagle zaczęło mi się grać coś zupełnie nowego, i tak od dźwięku do dźwięku- nowy utworek.
Bogowie, chyba się nigdy nie przestanę dziwić, jak to działa *_*
Jakie to fantastyczne jest- mniejsza o efekt, choć oczywiście na razie- faza, jakby nie było, trwa od kilku raptem godzin- jestem ogromnie zachwycona wynikami :D Wiadomo, znany etap- minie. Za tydzień będę się zapadać pod ziemię ze wstydu, że się tak nad nim rozpływałam.
Póki co moja wdzięczność wobec losu jest przeogromna.
Ech... Jest cudownie! świat jest piękny! życie jest...! no dobra, ale świat jest piękny nadal :P
I chyba właśnie wpadłam na tytuł tego jazzowego- co za dzień, no co za dzień...
Choć pojedyńcze słowo ograbia go z całej masy znaczeń, które ja tam słyszę, sugerując tylko jedno; najlepiej na tytuł pasowałby krótki pięciowiersz, jaki kiedyś napisałam po -uwaga, tak, nerd and proud of it- elficku, z tego elfickiego stworzonego przez Sapkowskiego. Wiersz jest sezonowym zaklęciem, towarzyszącym topieniu Marzanny :P
Dlaczego pięciowiersz miałby być gorszym tytułem, niż jedno słowo? Tym bardziej, że od pojedyńczych słów się już odchodzi, język ubożeje, ale gdzieś te wszystkie utracone słowa muszą się podziać. I co się okazuej- chronią się w tytułach piosenek! W końcu już Robotobibok miał taki utwór, jak "Wymiana tlenu na stacji Mir|" a Ulver "Porn Piece or The Scars of Cold Kisses".
Zrobienie elfickiego pięciowiersza tytułem jest tylko pójściem o krok dalej, nic ponad to.
Dobrze jest :)

piątek, 18 stycznia 2013

Czas na czytanie

Uwaga
Ta notka zawiera ostry język pełen dosadnych wyrażeń i wulgaryzmów, czytelnicy o delikatnych nerwach powinni zatem naprzód chlapnąć setku wódki ^^
Dziękuję.

Tam do kata.
Kończę pierwszy tom "Opowieści z Meekhańskiego pogranicza: północ-południe" Roberta Wegnera i jestem pod ogromnym wrażeniem.
Oczarowana, należałoby powiedzieć *_*
Do Nordconu nie wierzyłam, że pan Wegner jest Polakiem, że to polska fantastyka jest.
Zaczęłam czytać- teraz już kończę- i nadal trudno uwierzyć. Jest coś takiego w tej prozie, taki rozmach i styl, jakiego dotąd nie uświadczyłam w polskiej fantastyce. "Wiedźmin" był najbliżej, ale bazował na czymś bardzo swojskim, pełen był typów i zachowań nam bliskich, znanych, nie mówiąc już o całej przaśnej ludowiźnie.
Doskonale napisanej, ale jednak takiej naszej, lokalnej.
"Opowieści.." to....to dla mnie swoiste połączenie klimatu cyklu "Morgaine" Cherryh i "Gry o tron" Martina.
Wspaniałe, po prostu znakomite.
Naturalnie, każdy, kto czytał sagę o Wiedźmaku, musiał dostrzec podobieństwa, ale broń Cthul nikogo o nic nie posądzam. Moja teoria o chmurze idei, które są rozsiewane regularnie w podświadomości zbiorowej ludzkości, i tam gdzie padna na podatny grunt, w zbliżonym czasie wykiełkują, jest mocna i krzepnie z każdym kolejnym dowodem.
Ludzie naprawdę wpadają na te same pomysły, w mniej więcej tym samym czasie. <Jak bonie dydy.>
Pomysły, idee... Szaleńcze wojny, czystki, łowy czarownic, jak i mody, trendy, książki i filmy o zbliżonej tematyce, pojawiające się w danym okresie, by potem zniknąć z uwagi świata- to z tego samego kotła wyszło.
Jest to dość przygnębiające, bo dowodzi, że nikt z nas nie jest oryginalny; niektórzy po prostu szybciej reagują :D
Istnieje też jeszcze coś: być może w tym momencie ktos inny właśnie nagrywa moją muzykę :/ A to mi się już baaaardzo nie spodoba. <Do stu tysięcy bomb i kartaczy.>
Ale tak naprawdę wszystko już chyba było -_-

W każdym razie- podobieństwa na razie są dwa, może trzy, ale znaczne: wielkie południowe Imperium Meekhańskie, przez większość mniejszych kraików i plemion widziane jako zepsute, miętka faja, obrosła tłuszczem i arogancka-i Nilfgaard, wielkie imperium na południu Kontynentu, również nie cieszący sie zbyt ciepłymi uczuciami sąsiadów.
Imperium Meekhańskie poszukuje pewnej dziewczyny- Nilfgaard poszukiwał pewnej dziewczyny.
Stopniowo nabudowujące się tajemnice i warstwa mistyczno-legendarna, pełna starożytnych przepowiedni, mitów i sekretów- check.
Nic to jednak nie przeszkadza, podobieństwa świata, wbrew pozorom, w ogóle nie wadzą. Te książki są tak kompletnie inne, z tak innym klimatem....
Jedyne, czego mi w niej brakuje, to mapy <do kroćset>. Jeśli autor widział wszystko tak wyraźnie, że opisywał tereny niemal wraz z podaniem współrzędnych geograficznych, to nie mógł po prostu machnąć jednej z drugą mapki, dla tych mniej zorientowanych przestrzennie? XD Czytam, że "dolina wrzynała sie klinem w Cośtam od południa... wojownicy wrócili na zachód okrężną drogą przez wschodnią przełęcz, zahaczając o położone ukośnie miasto XYZ... A wtedy po zboczu, spłaszczonym jak po ciosie młota, zbiegła straż, osaczając jazdę od strony parowu, który innym klinem wrzynał się w inne cośtam, okrężną drogą, zaległą ratą za hibernację..."
No do jasnych kominów!
A, i tylko jedno mi przeszkadza: powtarzające się epitety wiązane i opisy. (uwaga, wymyślam własne, żeby dać jeno jakiś pogląd, o co mi chodzi)
"Ruszyła szarża, i grunt zadrżał, jakby wściekły olbrzym wybijał na nim jak na werblu... Uniosły się tarcze i zazgrzytały wyciągane miecze... Syk strzał przeszył powietrze... Piechota stała twardo, i tylko czuła, jak grunt drżał, jakby wściekły olbrzym grał na werblu.... Powietrze wypełnił syk wypuszczanych strzał... Uniosły się tarcze i zazgrzytały wyciągane miecze"
Pewnie, że przy opisie bitew powtórzenia zwrotów są nieuniknione, ale nie - strona po stronie, niemal akapit po akapicie, i bywa, że na zasadzie kopiuj-wklej, bez zmiany choćby szyku zdania.

Został mi jeden, malutki rozdzialik, a nie dysponuję drugim tomem, ale jest dokładnie tak, jak opisy na tylnej okładce zapowiadają: nie sposób się oderwać. <Niech to kule biją>

Taki zalew dobrych książek, po kilku nieudanych próbach... Chyba przestanę polegać na swoich wyborach "w ciemno" i zacznę regularnie dręczyć znajomych, żeby mi polecali to, co im się spodobało.
A- czytając "Siewcę Wojny" zagrałam ze znajomym w "zgadywanie" (odkrycie różnych rzeczy, nim zostaną wyjawione w treści), i zgadłam cztery :) Piątej się domyśliłam na jakieś 30 stron przed ujawnieniem jej w tekście, wiec na moje trochę zbyt późno, żeby można było to nazwać regularnym zgadnięciem, ale i tak jestem z siebie całkiem dumna: Sanderson potrafi człowieka zaskoczyć, niemal tak samo, jak George Martin jednym, precyzyjnie opisanym ciosem miecza :/
Ale polecam, każdemu, kto nie czytał; obiedwie :)

...Tam do kata
<Tak, wiem, to już było, ale to przekleństwo, jak można przeczytać tutaj jest zdecydowanie zabronione przez Kościół Katolicki, jako wyjątkowo plugawe, and I'm a rocker. I play hard - I swear hard :D>

środa, 16 stycznia 2013

A grypa na to

No i się rozchorowałam.
Wychodzi na to, że ja muszę unikać zmęczenia jak ognia- zawsze to przeczuwałam... Nie mogę być zmęczona; nie mogę sobie pozwolić na takie wyczerpanie, jakie odczuwałam w minionym tygodniu, czy parę miesięcy temu- zaraz przed tym, jak się pierwszy raz tej zimo-jesieni rozłożyłam z grypą.
Widno moje, poczuwające się do związków z arystokracją zdrowie nie jest w stanie przyjąć mniej, niż 9 godzin snu i basta, a praca, do tego wymagająca i energochłonna praca z ludźmi, jest wyzwaniem niemal ponad moje siły XD
W zeszłym tygodniu bowiem, już pod koniec, goniłam resztkami; wiecie, kiedy każde działanie przypomina nieco próbę odzyskania równowagi po tym, jak się człowiek potknie. No przesuwasz się do przodu, i to żwawo; i cały czas w pozycji głównie wertykalnej, znakomicie, w czym więc problem?
Ano w tym, że niesie cię po prostu impet potknięcia, a nieuknionym rezultatem tego "żwawego przesuwania się do przodu" jest zaliczenie widowiskowej gleby, kiedy pozycja wertykalna nagle złamie sie jak scyzoryk i jest już bardzo, boleśnie i niezaprzeczalnie, horyzontalną.
Chyba dla potrzeb przerzucenia nikłych zasobów energii na front walki z mikrobami, organizm się przestroił, i w tym momencie, np., nie dysponuję ani smakiem, ani węchem. Co nie jest jednak ani w połowie tak irytujące, jak fakt, że słuchu też mi ubyło.
Dźwięki- szczególnie żywe dźwięki, mowa i pianino, dochodzą do mnie, jakbym miała uszy pod wodą.
Ciekawe, czy któryś z uczniów zaraził mnie jakąś czeską albo ukraińską odmianą grypy?
Ha, kidding- nie wierzę juz w ani jedno słowo, jakie wypisują na gazecie.pl
Motywy, kierujące zespołem redakcyjnym przy wybieraniu zestawu informacji, są dla mnie w najlepszym razie niepewne, żeby nie powiedzieć- mocno podejrzane.
W każdy mrazie przeczytałam, że przy leczeniu grypy pomagają maseczki.
Tyle mogę- zrobiłam sobie dziś błotną, z algami, i czekam na rezultaty 8-|

środa, 9 stycznia 2013

Beware- cuteness overload

I zaczął się nieuniknienie ten najgorszy etap zimy, kiedy świat jest paskudny i obmierzły, brudne błocko chlupie pod podeszwami, śnieg, szaro-czarny i nieświeży, zalega wokół wielkim grdułami, odwilże zaglądają co chwila, rozpuszczają wszystko w ohydną paćkę, a zaraz po nich przymrozek zmraża to-to w lód, na którym łatwo się wywrócić. Chyba że sie idzie jak marynarz po rozkołysanym pokładzie -_-'
Plus- dni są, owsem, coraz dłuższe, coraz jaśniejsze, ale to światło tylko dokładniej podświetla zawiesistość nieba i ogólną szpetotę obecnego krajobrazu.
Nic, przeczekac trzeba.
Zadbać o to, żeby w domu było dużo uprzyjemniaczy życia, wszelakiego rodzaju.
Ja, np., chwyciłam- z polecenia kolegi- "Siewcę Wojny" Sandersona i jak na razie jestem zachwycona.
Oczarowana wręcz- toż to dla mnie książka, dla mnie osobiście pisana *_*
Kolory, które mają energię; dające moc- moc tą, notabene zwaną BioChromą- mierzy się w Oddechach. Bardzo ładnie wykorzystane motywy i idee kilku filozofii oddechu, jak yogi kundalini, tai chi czy huny.
I ten oddech, ta energia- zawiera się nie tylko w ludziach (przede wszystkim w ludziach, ale nie tylko), ale też w kolorach; a im kto ma więcej BioChromy, to raz- tym lepiej wpływa na barwy, które w obecności takiej osoby intensyfikują sie, jaśnieją, jaskrawieją; dwa- widzi i odczuwa je lepiej. Wie od razu, które kolory są "prawdziwe", nie złamane żadnym innym tonem czy domieszką, a które to mieszanki, czy chłodniejsze, czy cieplejszej, czy pulsujące światłem, czy bardziej wibrujące... Bo odbiera je nie tylko za pośrednictwem wzroku- synestezja przy rejestrowaniu kolorów, no czy można mieć wątpliwości, że to "moja" książka? :P
Pomysł zaiste godny; a i pisarsko, i konstrukcyjnie bez zarzutu. Każe mi to mieć nadzieję, że i inne książki z listy poleconej przez znajomego, okażą się dobre.

Inna rzecz, na którą przetrawiłam większosć mojego weekendu (czyli poniedziałku i wtorku XD), to tworzenie chibi-Amberytów i Chaosytów.
Tak, na Deviancie znaleźć bowiem można taki genialny wynalazek, jak chibi-maker, o, tu: http://gen8.deviantart.com/art/Chibi-Maker-346025144

Te oto Atuty- hyhy- nawiązują przede wszystkim do fanfika; niektórzy bohaterowie nie pojawili się w oryginalnym dziesięcioksiągu, ale jestem pewna, że Mistrz Zelazny, gdyby żył, przyklasnął by naszym zamysłom i pochawlił kierunek, w kórym historię kontynuujemy :3
Jestem tego pewna.
Tak więc- oto Amberyci, na początek:
Benedykt

Bleys

Brand

Caine

Corwin

Deirdre

Dworkin

Eryk

Fiona

Flora

Gerber---znaczy Gerard :P

Julian

Llewella

Martin

Random

Vialle


I  przedstawicielstwo Dworców Chaosu:
Dara

Mandor

Merlin

Ghostwheel

I jeszcze na koniec anioły jakieś...
Gabriel

Sirafin


A na koniec- tak mnie zrobiono, bynajmniej nie na szaro :3 Co zrobić no- identyfikuję się ^^