czwartek, 14 sierpnia 2014

Notka powstająca głównie po to, żeby mi z braku aktywności tutaj nie zniknęło bloga.
Nie mam pojęcia, czy to możliwe, ale już o tym pomyślałam. Zatem gdzieś już się wydarzyło XD

Ten utworek, o którym pisałam ostatnio... To chyba była "Srebrna kołysanka", z pięknym wierszem w ramach tekstu.
Naprawdę powinnam zamieszczać tytuły, nawet robocze, w notkach; dla własnej orientacji w postępach.
Nie są zbyt imponujące...
A teraz? Mam tych piosenek sporo, choc grzebię się z nimi jak mucha w smole, a teraz wojna jakoby wisiała na włosku i możliwe, że w przeciągu chwil kilka piosenek nie będzie.

...W latach szkolnych zastanawiałam się wielokrotnie, przedzierając się przez podręczniki do historii, dlaczego ludzie w przededniu obu wojen światowych byli takimi opieszałymi, nierozgarniętymi bydlętami; łazili po swoich grajdołkach, będących tak oczywistym celem planowanej inwazji i nie robili NIC, by się ratować, by uchronić bliskich, jakby nie byli świadomi otaczającej ich rzeczywistości i tego, co się dzieje i na co się tak ewidentnie zanosi wszak. Nieśwaidomi, albo niedowierzający i głupio optymistyczni.
Czy nie widzieli jasnych przesłanek, później zgrupowanych przecież ładnie na jednej stronie podręcznika? Nie obserwowali świata, nie czytali gazet?... Nie wychodzili na ulicę?
Teraz jednak widzę, że nic nie widzę.
Ulegać zbiorowej histerii byłoby bez sensu, zresztą jeszcze za wcześnie (ha).
A jeśli miałobyu bumnąć- to chyba i tak nic nie zdążymy zrobić, hm?
Chyba że akurat przypadkiem będę na Malcie. Albo w Hong Kongu.
Niemniej jednak naprawdę nie widać za wiele, jak się stoi pośrodku zdarzeń (choćby i na uboczu pod kątem posiadanej wiedzy XD)
A ja napisałam nową piosenkę. Z własnym tekstem. O karnawale. Bardzo mi się podoba. I co?
I miałoby ją bumnąć też?
Oł noł....

sobota, 1 lutego 2014

Szczesliwego Nowego Roku Drewnianego Konia

Osiągnęłam ten moment w procesie "TFUrczym", kiedy boję się podejść do pianina.
Zdarza mi sie to co jakiś czas.
Nowy kawałek jest w fazie bulgotania w rondelkach, nadal jako płynna, zmieniająca się materia, której warianty i możliwości widzę - czy raczej: słyszę- wyraźnie w głowie, ale paraliżuje mnie myśl o tym, by podejść do klawiatury i spróbować schwytać te wyobrażenia.
Bo kiedy już raz zestalą się w coś materialnego, utrwalą się i cholernie trudno będzie je zmienić. Zostaną mi tylko drobne modyfikacje.
A - jak z każdym kawałkiem na jego początkowym etapie- uważam zaczątek za nader obiecujący, chcę, żeby z tego było coś naprawdę fajnego; a raz spieprzone- excuse my French- pozostanie takim, nawet jeśli tylko w moich uszach.
No dobra- tak, wyłącznie w moich, bo tylko ja słucham tych rzeczy; sobie je gram, i w najbliższej przyszłości to sie nie zmieni.
Ciekawe, ile czasu ten pomysł będzie potrzebował, aż się wyklaruje, wygotuje, i pozostanie sama esencja.
Argh- frustracja: ten widok---

 to dla mnie narkotyk. Widzę te biało-czarne sztabeczki, lśniące zapraszająco, i zazwyczaj nie mogę wytrzymać. Widok ów nie powinien mnie przerażać- a w tej chwili tak jest. Chcę grać, mam kilka dni wolnych, coś tam brzdąka mi w glowie ... ale nie mogę XD
Niemal czuję rozczarowanie kawałka, kiedy po kilkakrotnym odegraniu tych dwóch motywów, których jestem pewna, co do których wiem, że znajdą się w utworze - choć jeszcze nie wiem, gdzie, w jakiej aranżacji, czy dużo w nich pozmieniam, etc.- na tym kończę, nie dodawszy niczego nowego, i odchodzę od pianina.
Niemal słyszę szmer pełnego rozczarowania: "No dobra... Wróć, jak będziesz miała coś do zaprezentowania, ale tak na serio :/ "
Prawdziwie- rozdzierający serce moment, bo przecież ja chcę XD
Ale jeszcze nie mogę -_-

Ponownie, spis. Potrzebuję spisy. Czego nie zapiszę- tego nie ma -_-
Spisane:
"Roads.."
"Bilbo's last song"
"Leśny król"
"Nokturn"
"The Nightwatch"
"Walc Meekhanu".
"Maski"
"Śmierć leśna"
Niespisane:
"Raven King"
"Ballada"
"Tango"
"Wiosenny jazzik"
"Ciasteczko z ozonem"
"Wozacka kołysanka"
"(takie jedno krótciutkie, chłodne jak porcelanka, bez tytułu, ale fajnie się gra)"---do zrobienia.
"Niepochwytnica szara"
"Czerwone Szóstki"
"Snowed-in"

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Tytuły

Ten śnieżny kawałek zatytułowalam, zaskakująco, "Snowed-in".
Pasuje znakomicie; kiedy śnieg cicho i podstępnie odetnie cię od świata, powodując izolację, ale i zarazem dając poczucie bezpieczeństwa :) Nikt nie wyjdzie- nikt nie przyjdzie, aż do wiosny.

Przez miniony weekend nasłuchałam się różnorodnej, nietypowej muzyki oraz nie tylko- w piątek byłam na występie ekperymentalnym. Powiedziałabym raczej, że to był perfarmance, nie koncert.
Jeden "utwór" szczególnei zapadł mi w pamięć. Do głowy artystki przylepiono kilka czujników z kabelkami, które biegły następnie do szeregu instrumentów. Fascynująco było zobaczyć, jak kolejno ożywają, poruszane falami mózgowymi alfa, powstającymi podczas wejścia w stan medytacji- co też performerka uczyniła.
Występy pozostałych, bardziej tradycyjnie zorientowanych artystów więcej by zyskały na rozleglejszej przestrzeni koncertowej, po której dźwięk mógłby się bez przeszkód roznieść.
Ale i tak uważam, że trafiła mi sie uczta.
Tego zespołu -i tego utworu m.in.- na przykład, słuchałam w niedzielę:




Po koncercie zamieniłam kilka słów z muzykami, ale tu wyszło na jaw, jak bardzo moje umiejętności socjalno-konwersacyjne uległy atrofii przez ostatnie miesiące. Artyści bowiem zapewne spodziewali się usłyszeć standardowe pochwały i wyrazy -w pełni zasłużonego, niech podkreślę - uznania za swój występ. Ja zaś bez ogródek i konkretnie przeszłam do meritum, czyli zaczęłam uzupełniać wiedzę z zakresu sprzętu i oprogramowania do robienia i obsługi sampli. Dopiero kiedy miałam już potrzebne informacje, przypomniało mi się, na czym m.in. polegają nasze normy cywilizacyjne, i zdołałam nieco uratować twarz, wysupłując z otchłani pamięci jakieś: "Aha, fajny koncert, naprawdę, podobał mi się, bardzo", w wielkim stylu zdobywając tym samym tytuł Mistrza Gładkich Komplementów -_-
-----Efekt mógł co prawda nieco zatartym zostać poprzez fakt, że byłam już w fazie odwracania się i zmierzania na kolejny koncert.
Ach, cóż...
Występ Pohjonena zasługuje na osobną notkę, ale to nie dziś. Dziś mam wieczór przed końcem weekedgu i generalnego, wynikającego z tego faktu doła. Zatem dobranoc.

wtorek, 14 stycznia 2014

Co się dzieje wokoł?

Blogowanie zamiera.
Nie tylko u mnie, z tego co widzę.
Portale społecznościowe przejęły większośc i tak niemrawej interakcji, jaka się jeszcze odbywała na blogach.
A jednak nie zamierzam bloga demontować- moze moje życie zatętni nagle wydarzeniami, i zabraknie mi miejsca na twarzoksiążce, żeby o tym z gorączką pisać?
Chociaż- od ostatnioego wpisu parę wydarzeń było. Byłam w Japonii; byłam na Nordconie; były święta i miałam całe 5 dni wolnego- co nie zmienia faktu, że jedna z prac i tak do mnie wydzwaniała -_-
Skomponowałam jeden nowy kawałek.
Tylko jeden? Kurcze.
To był zły okres twórczy, mający pewnie coś wspólnego z tym, że dopiero w święta miałam "aż" 5 dni wolnych pod rząd (a i tak...), i tym, że zaczynam się wypalać w tej pracy.
Od dwóch tygodni wykręcam sie od spotkań towarzyskich, jak mogę. Nawet nie muszę kombinować- magicznym sposobem, na kilka godzin przed imprezą/spotkaniem/graniem- zaczyna mnie np.boleć głowa.
Za dużo ludzi, którymi muszę się zajmować przez 100% czasu pracy- poza momentami, kiedy robię im testy; ostatnio ciągle robię zatem testy.
Natomiast podczas socjalizowania się za dużo ostatnio wokół mnie ludzi, którzy się zwalają na mnie jak tona cegieł ze swoimi emocjami. Swarami, pokazującymi rogi problemami wewnętrznymi, brakiem poczucia własnej wartości, niepewnością, etc. Nie chcę brać w tym udziału, nie chcę tego rodzaju bałaganu ani emocjonalnego nadużywania mojej osoby. Może dla wielu takie wywalenie z siebie kłębu emocji- silnych, stosunkowo neutralnych oraz negatywnych- jest swego rodzaju katharsis, może czują, że zadzierzgnęli niepowtarzalne więzi poprzez takie agresywne wywnętrzenie się, powiedzmy eufemistycznie. "Emocje są żywe, krew nie woda, człowiek czasem musi to z siebie wywalić", i inne takie bzdury.
Wywalać sobie może, proszę uprzejmie, tylko nie na mnie, dziękuję bardzo.

Japonia? Bardzo miły wyjazd; bardzo---relaksujący, co zadziwia, zważywszy na poziom stresu (jak zwykle) przed wyjazdem, oraz na fakt, że jechałam do pracy.
Była ładna pogoda, był czas na trochę zwiedzania, na onsen, odrobinka czasu na zakupy- choć nie miałam niestety takiej swobody, żeby pobuszować w book-offie tak, jak chciałam.
Zdążyłam tylko kupić kilka gier, za cenę, za którą w Polsce kupię jedną grę, i to używaną.
Plus- to był tydzień spotykania samych miłych i życzliwych ludzi. Czym tu się nie cieszyć?..

Nordcon- był :) Dobry był; udany. W tym roku niewiele tańczyłam, ale udało mi się wytrzymywać do poranków, m.in.i z powodu Ksawerego, łomoczącego wściekle w okna pokoju.
Ale był śmiesznie, nawet jeśl niemożebnie pusto. Nordcon ma niestety malejącą populację...

A nowy kawałek jest zdecydowanie zimowy. Oczywiście, nadal nie mam dla niego tytułu; ale jest w nim element zadymki śnieżnej, kiedy śnieg sypie cicho, gęsto i zawzięcie, stopniowo izolując cżłowieka od reszty świata :) Bardzo przyjamna myśl, jak dla mnie, jak na teraz...


sobota, 16 listopada 2013

Gorączka

Reisefieber. Ty nigdy nie przestaniesz mnie zdumiewać...
Ciekawa jest zależność odleglłości do poziomu głupot, jakie człowiek w tym stanie robi; innymi słowy, im dalej się wybieram, tym dziwniejsze i mniej istotne rzeczy wyczyniam tuż przed wyjazdem.
Tak i tym razem: za kilka godzin lecę do Japonii - i co robię?
Obejrzałam odcinek Doctora Who; znalazłam sobie buty na Nordcon, i na jeszcze jedną imprezę przebierankową; naprawiłam i przyczepiłam śmieszne strappu do torebki; poczyściłam dysk ze śmieci.
No dobra, trochę się spakowałam; tylko ciuchy i kilka kosmetyków; większość rzeczy będę używać do ostatniej chwili, więc nie ma sensu ich chować w czeluściach torby- walają się póki co po całym pokoju.
 
Ale jakby nie było- w zeszłym roku było dokładnie to samo- godzina wylotu zbliżała się wielkimi krokami, a mi się tak. Cholernie. NIE CHCIAŁO XD
Nie myślcie sobie, że tak tylko, kokieteryjnie rzucam,: "Och, nie, znowu ta Japonia, no ileż można, do znudzenia przecież...". Nie- ma to duży związek z charakterem wyjazdu, który to zaczyna się na "p", kończy na "a", a pośrodku ma masę wstrętnych liter, układających się w typową czynność, na którą przeciętny dorosły człowiek poświęca walną część życia.
Lubię moją pracę, ale niektóre jej aspekty regularnie przyprawiają mnie o stan przedzawałowy. Owszem, z fuchą innego rodzaju nie miałabym zapewne okazji latać sobie na wyspy co rok-dwa lata. Ale ile mnie to nerwów kosztuje. Co wyjazd- kilka lat życia mniej. Uczenie zaś kosztuje mnie masę energii i zdrowia. Wniąsek? Na 60 urodziny mam marne widoki XD
Plus dawno nie miałam solidnego wypoczynku, i teraz przydałby mi się- bardzo by mi się przydał- tydzień wolnego, kiedy to żaden uczeń nie przyłazi, żadna praca nie dzwoni, siedzę sobie w domu i czytam, spotykam ze znajomymi, gram, tworzę cosik- bo teraz oczywiście mam wenę na tworzenie masy rzeczy, ale to ona, to Gorączka robi, już ja znam te objawy. Działać, czynić, robić cokolwiek, byle tylko oderwać myśli od wyjazdu i stojącej za nim pracy. 
Na przykład zrobiłabym etui dla Pietuszy.
A tak, mam wreszcie czytnik ebooków, dochrapałam się, czy raczej- wydałam jeszcze nie zarobione pieniądze, któż tak nie robi :P
I nazwałam go Pietia Iwanowicz. 
-----Co robić, co robić, aż mi sie ręce z nerwów trzęsą... Zaraz jeszcze raz przejrzę notatki, i chyba sobie zafunduję relaksującą kąpiel, albo co, mantrę z głośnika,  szklaneczkę rumu, kolejny odcinek Doktora może... Lubię podróżować- ale dlaczego ja to sobie robię? Dlaczego taki stres?
Nordcon; myśleć o Nordconie. Tak, uff, to może zadziałać XD
Ludki, wspomożenie mentalne dawajcie, dobre fluidy ślijcie, bo jak rany...

czwartek, 14 listopada 2013

Incoming

Mieliście kiedyś tak, że tak bardzo nie chcieliście patrzeć, co przyszło na skrzynkę, przeznaczoną do spraw generalnie związanych z pracą- bo mogły tam przyjść różne maila, każące człowiekowi pracować- że czuliście ogromną awersję do uruchamiania tej poczty w ogóle?
I tak nie zadziałało, właśnie dostałam do kompletu trzech prac, ofertę czwartej- przez telefon, why didn't I see that one coming... Nie wiem, gdzie ją upchnę, to znaczy- wiem dobrze, i już opłakuję w skrytości ducha mój weekend :/ No dobra, jego połowę- ale zawsze
Ale jakoś nie przychodzi mi do głowy żaden dobry powód, żeby odmówić, poza tym, że lubię spać, i mieć święty spokój.
To, nawet wedle moich standardów, nieczko za mało..
A w skrzynce pewnie ciśnienie i zawierucha, i coś ktoś ode mnie chce- a ja już przechodzę z wolna w zimową hibernację ;__; I jak to pogodzić?... Byle do grudnia.

W każdym razie nie sprawdzałam skrzynki od paru dni, i na pewno nie jest to dobry pomysł. Powinnam teraz pracować pełną parą, przygotowywać się do tego i owego, więc oczywiście, czytam książki i nadrabiam filmy, robię paniczne zakupy niezbyt potrzebnych na tą chwilę rzeczy i generalnie- próbuję udawać, że wcale sie nie stresuję, przepuszczając coraz bardziej kurczący się czas przez palce.
Powiem Wam- nie działa ta średnio sprytna technika XD
Teraz też powinnam już spać.
Ale jak się położę- to następne otworzenie oczu przypadnie już na nowy dzień, tak- pracy. W ciągu ostatnich dziesięciu dni poniedziałek, radosnego rogalowego 11go listopada, był tym pierwszym, kiedy to pozwoliłam sobie spać aż do wyspania się- bo nie pracowałam. Hura.
Jak żyć, panie premierze?

***
Ale tak naprawdę to jest dobrze, tylko potrzebuję dwóch rzeczy na wyłączność: wycinka czasu i wycinka przestrzeni, Już ja się tam urządzę, nikt nawet nie zauważy, i dla nikogo nie będzie to problemem, obiecuję XD

czwartek, 24 października 2013

Tralala..

Znów: nie mogę przestać odsłuchiwać w głowie "Czerwonych Szóstek". Gra i gra i gra, w kółko (oczywiście, bez pomyłek, które wciąż jeszcze popełniam XD )
Idąc przez miasto, maszeruję do rytmu muzyki, a jest to kawałek szybki, energiczny.
W tym tempie jeszcze mi się znudzi, nim go w pełni opanuję -_-
Ale i tak, przeklinam każdą godzinę, którą muszę poświęcić na cokolwiek innego. Pracę. Zakupy. Sprzątanie. Ciszę nocną, etc.
Jutro cały dzień poza domem, od końca godziny nocnej do początku nowej, niech to demony.
W piątek- może będę miała jakąś godzinkę, jeśli wstanę odpowiednio wcześnie. W sobotę może dwie.
I znowu niedzielę spędzę w czterech ścianach, byle tylko móc grać.

Szkoda, że ten etap uniesienia i zachwytu nad dziełem trwa tak krótko :D Bo teraz ja latam, po prostu latam.
Swoją drogą, nie wiem, jak bardziej mogłabym dać wyraz swojego uwielbienia dla "Opowieści z Meekhańskiego pogranicza".
Mam na razie trzy utworki :3
Zakładam, że będzie więcej.

wtorek, 22 października 2013

Sky Cake

Od powrotu z Paryża cisza w eterze.
Kilka razy miałam ochotę napisać, ale to by mnie kosztowało kilka godzin snu, a i tak go sobie skąpię bardzo ostatnimi czasy. Tyle jest ciekawych rzeczy do robienia... Poza tym pójście spać oznacza, że następny moment przytomności złapie człowieka w kolejnym dniu pracy.
A jakkolwiek nie tak dawno winszowałam sobie tego, jak -co chyba ludzie nieczęsto sobie mówią- lubię swoje życie oraz swoje prace (bo lubię; czynni ludzki to zupełnie odrębna historia, do której jednak pewnie kiedyś wrócę), to jednocześnie mam coraz większe problemy z radosnym witaniem każdego nowego dnia, kiedy muszę do tej pracy iść :/
Może to ta rutyna.
Poza tym ostatnio po raz kolejny- i dowodzący niezbicie, że w niektórych przypadkach wyraziste i nie dające się podważyć doświadczenia przegrywają sromotnie w sytuacji, gdy człowiek nie chce wierzyć w ich rezultaty- przekonałam się, że nie ma dwóch takich samych światów. Co człowiek- to inna rzeczywistość, inne postrzegania świata, ergo- inny świat.
Bardzo to deprymujące niekiedy.
Po raz kolejny też musiałam sobie powiedzieć wyraźnie i dużymi literami, że moje indeterministyczne pojmowanie rzeczywistości nie jest wcale powszechnie przyjętym i podzielanym oglądem zjawisk i rzeczy- dla mnei jest tak oczywiste i naturalne, że kiedy spotykam się z niezrozumieniem, przeżywam szok, jakbym nagle trafiła na niewidzialny mur.
Teoretycznie nie powinnam, no bo wiadomo, nihil novi; nie oczekuję, że ludzie będą myśleć tak jak ja, odbierać świat, jak ja, tak samo go przetwarzać. Impossiburu.
Tym niemniej to takie----izolujące odkrycie.
Czasami jednak próbuję wykroić i przedstawić w kontrolowanym środowisku wycinek świata takim, jakim go widzę, ale porażka jest nieunikniona za każdym jednym razem.

Ale i tak popadam w przygnębienie (albo irytację; często jedno i drugie naraz), słysząc sformułowania w rodzaju: "Taka jest prawda", "Wszyscy wiedzą", czy "Na logikę". To nierozsądne, ale czuję się zawsze osobiście obrażana, jak mnie ktoś czymś takim częstuje XD
Albowiem: wg mnie nie ma czegoś takiego jak jedna prawda. Równie dobrze ja jako uzasadnienie czegoś mogę twierdzić, że tak mi powiedział staruszek jadący na chmurce.
"Wszyscy wiedzą" to moim zdaniem dość rozpaczliwa próba znalezienia bratniej duszy w chaosie obcych. Trzeba się wówczas pochylić nad człowiekiem. Niech wierzy w Sky Cake, jeśli potrzebuje.
"Logika" to kolejny sztuczny twór, który może sobie fragmentarycznie istnieć w bardzo, ale to bardzo ograniczonym zakresie i w relatywnie niewielu sytuacjach. Związki przyczynowo-skutkowe, dające nam zrąb twierdzeń logicznych, powstają w oparciu o posiadane informacje, a nigdy nie będzie tak, by człowiek miał pewność, że posiada WSZYSTKIE możliwe informacje na jakiś temat.
W danym momencie, bazując na tym, co wie, może założyć, że należy się spodziewać takiego i takiego rozwoju wydarzeń. Ale to wszystko- i jest to założenie bardzo niepewne, ustalone tymczasowo, do czasu pojawienie się nowych danych.
Prawa fizyki są najbardziej uprzywilejowane, bo regularnie testowane i badane, ale też dają ludziom często złudne poczucie ogarnięcia rzeczywistości, znanej, opisywanej i sklasyfikowanej do imentu.

-----Not.

W danym momencie ma się dostęp do maciupkiego wycinka rzeczywistości, subiektywnej i przefiltrowanej przez nasze osobiste doświadczenia.
Do tego ta rzeczywistość nigdy nie trwa w bezruchu, zmienia się w każdym jednym momencie.
To być może ludzi niepokoi; wolą wierzyć w poukładany, logiczny, kontrolowany świat <Sky Cake :P>
Ja widzę go takim mniej więcej:


***
Tymczasem mam nowy utworek.
Grając go słyszę, jaki jest prościuchny, wyraźnie słyszę powracające motywy, ale nic nie poradzę, już się ułożył, umościł w mojej głowie, i już jego trzonu nie zmienię; co najwyżej ozdobniki.
Prosty, ale przyjemny; instrumentalny, miło mi się go gra (sąsiedzi już pewnie dostją kota z tego powodu :D). Teraz potrzebuję wymyślić tytuł, żeby było wiadomo, że chodzi o Czerwone Szóstki z Meekhańskiego Pogranicza, ale żeby nie brzmiał, no----"Czerwone Szóstki z Meekhańskiego Pogranicza".
Choć zdrugiej strony to by był taki hispterski tytuł :D
Albo jeszcze lepiej: "Pełna Chwały Wyprawa CZerwonych Szóstek na Omiatane Wichrami Przełęcze Meekhańskiego Pogranicza" :v
Booyah.

niedziela, 6 października 2013

Paryż

Od powrotu z Paryża minął tydzień, a ja mam wrażenie, że to co najmniej dwa.
Praca zatakowała mnie w piątek po powrocie, już z samego rana, i tak naprawdę od tamtego czasu trwa kołowrót.
Ale wrażenia z podróży blakną powoli, wciąż pamiętam i silne słońce, i ból nóg, i smród w metrze, i radość z możliwości zwiedzania połowy atrakcji na specjalnych- hihi- warunkach...
Miasto jak miasto. Tygiel. "Śmietnik świata"- jak to określił jeden ze spotkanych na schodach Sacre Coeur Polaków, kiedy spędzaliśmy sobotni wieczór na sposób lokalsów, pijąc wino i patrząc na rozciągające się u naszych stóp miasto.
Mieliśmy też okazję oglądać obławę policji na domniemanego dealera narkotyków...
W oparach ganji, kanalizacji, wypchani bagietkami, serem-śmierdziuchem i winem, przemierzaliśmy te niegdyś sławne i piękne ulice, żeby odkryć, że naprawdę jesteśmy mniejszością etniczą, i w mieście, w którym mieszkać bym nie chciała.
Miłe do odwiedzenia, dobrze było obejrzeć wszystkiedzieła sztuki- a sztuki to zaznałam wbród i tym głównie będę się zaraz dzielić- ale Paryż to miasto na raz.
No, dwa, bo jednego miejsca, które bardzo chciałam zobaczyć, nie odwiedziłam.
Ale wszystkie Wielkie i Sławne miejsca tak, jak też parę małych i nieznanych zbyt szeroko.
Francuzi, wbrew obiegowej opinii, byli uczynni i pomocni, nawet jeśli nie uśmiechali się zbytnio.
Ciekawie było rano wybrać się po bagietki, kiedy nasza obskurna dzielnica w trzeciej strefie się dopiero budziła, zniknęli wszyscy Afrykańczycy, otwarcie palący jointy i śledzący wszystko badawczym spojrzeniem spode łba; wieczorem było to nieciekawe miejsce.
Hostel to temat sam w sobie- brudny, bez naczyń, z jedną kabiną prysznicową i gospodarzami-parą Chińczyków, z czego mąż nie posługiwał się żadnym innym językiem poza chińskim, a z nim to właśnie musieliśmy załatwiać połowę spraw. Ale po kilku dniach i do tego przywykliśmy, dużo w tym względzie załatwiało też zmęczenie po całodziennym łażeniu, oraz wino, jakie spożywaliśmy w ilościach przemysłowych.
Także, podsumowując: ogromnie się cieszę, że w końcu tam pojechałam, urlop był mi bardzo potrzebny, ale z pewnością nie będzie mi śpieszno wracać do tego miasta.
Zdjęcia są tu, część just jest na znanym portalu społecznośicowym lae tu jest więcej:
Paryż

Chociaż bagietki i wino tańsze od mleka były dobre :P
A oto kilka obrazów i rzeźb, które tak mnie zauroczyły, że mimo mnogości dzieł do oglądania wracałam do nich jak przyciągany magnesem opiłek. Opiłka. No, czymś tam opity człowiek :D
 Pierre Puget "Perseusz i Andromeda" , najbardziej romantyczna i wzruszająca rzeźba, jaką widziałam.

 Św. Sebastiano....pugnate, Sebastiano, pugnate ;D


 "Abel" Camille Belanger; bardzo popularny motyw na wystawie czasowje "Masculinity", rezydującej w Muzeum Orsay. Smaczne orbazy tam były, oj, smaczne...

 Jedno z moich wielu okryć: Giovanni Boldini.

Najpiękniejszy obraz Ofelii, jaki widziałam. Paul Delaroche.

Kolejne fascynujące odkrycie: Aime Morot. To, jak on stworzył światło na sylwetce na osiołku, pochłonęło mnie na długie minuty, jak też dwie studentki malarstwa z Polski, które zatrzymały się obok mnie i długo dyskutowały na tym fenomenem. Morot stworzył niemal idealną iluzję 3D już w XIX wieku.

 Francesco Marmitta. Precyzja, czystość i uporządkowanie tego obrazu porażały, szczególnie w galerii, wypełnionej po brzegi mętnym światłocieniem da Vinciego, rozświetlonymi mgiełką miękkościami Rafaela i łagodnością Luiniego.

A owóż i sam  Bernardino Luini. Widać szkołę Leonarda. Ale przyznam- podoba mi się bardziej, niż dzieła Mistrza. Ta miękkość światła, niedopowiedzenia, wyłaniające się z napływającego chyłkiem cienia, łagodność oblicz niezależnie od brutalności przedstawianych scen... Miodne.

Aime-Jules Dalou. Wspominałam już może, że mam slabość do białego marmuru?..

Marius-Joseph Jean Avy.

 Rewelacyjne odkrycie: i ta dziewuszka, i anioł walczący z Jakubem, to Leon Bonnat. Może i niektórzy by to nazwali prostym, dosłownym malarstwem portretowym, ale delikatność i wyczucie, z jakimi malarz wyłuskuje swoje postacie z cienia, zachwyca mnie bez granic.
 Znaki, znaki... Pierwszym "działem", do jakiego trafilismy- idąc na chybił trafił- w Orsay, byli Symboliści, mój bodaj czy nie ulubiony nurt w sztuce. A tam, poza ogromnymi ilościami Gustawów Moreau i Dore, był Edgar Maxence.
Winslow Homer. Akwareliści często traktowani są mniej poważnie, niż malarze tworzące olejne obrazy- a niezasłużenie. Właśnie akwarela to moim zdaniem prawdziwe narzędzie impresjonizmu, jak sama nazwa wskazuje: wrażenie, impresję, ulotną rzecz, można złapać tylko szybko i bez możliwości naniesienia poprawek, jak to się dzieje w przypadku malowania grubymi kluchami farby olejnej. Wdzięczne, żywe impresje Homera po prostu urzekają, a poza tym nadal uważam, że pointylizm to terapia zajęciowa ludzi z nerwicą natręctw :P
Louis Anquetin. Malarz poza tym, że fascynujący, jako jedyny chyba namalował człowiekao opętanego przez demona- spójrzcie na oczy tej kobiety...
I na koniec- Jean Baptiste Carpeaux. Prace tego rzeźbiarza podbiły moje serce. Równie żywych, przejmujących postaci, nie widziałam chyba nigdy, szczególnie w tej tańczącej grupie. Każda twarz jest inna, każda należy do konkretnej, jednostkowej osoby, na niektórych maluje się euforia i upojenie, na innych groza, z tła wychyna, ledwie widoczna, skrzywiona i pomarszczona twarzyczka paskudnego demona... Patrząc na jego rzeźby można niemal dać wiarę, że Carpeaux zaklął żywych ludzi w kamień. Tylko oczy żyją. I patrząc na gładki marmur ma się wrażenie, że pod naciskiem palców kamień okazałby się ciepły i miękki jak ciało. Wspaniałe, przecudowne dzieła, od których niemal nie sposób oderwać wzroku.

Na koniec coś, czego nie widziałam w Paryżu, ale co odkryłam teraz, szukając linków do wyżej wklejonych obrazów: Joshua Durant













środa, 11 września 2013

Komiksy

Zaczęłam się już z wolna pakować. Trzy wielkie, ciężkie kartony i kilka paczek, a z pokoju nie ubyło niemal nic.
To będzie-----ciężka przeprawa XD
Ale przedzierając się przez sterty płyt, książek i czasopism- spakowałam większość zucznych plakatów i magazynów, i układając Graphy w równe kupki miałam wrażenie, że to echo jakiegoś snu; to było tak dawno, i wydaje się teraz tak nierelne: Japonia, Takarazuka, pociągi raniutko, irimachi, demachi, ochakaie...
Ech.
No więc przedzierając się przez to wszystko, znalazłam dwa segregatory, z dwoma zaczętymi, oczywiście nie skończonymi komiksami. Z rozrzewnieniem je przeczytałam- nawet się obśmiałam parę razy.
I postanowiłam je skończyć.
Tym bardziej, że kiedy je przeglądałam, z radyjka popłynęła muzyka Mulatu Astatke, a to w moim banku pamięci jest Nara, to początki mojego pierwszego komiksu, generalne dobry twórczo czas, no trudno o lepszy ZNAK *_*
Wiem, żadna wielka sprawa; do niczego się te komiksy nie nadają, poza chyba tylko moją satysfakcją, oraz dla historii, która- banalna bo banalna- ale jedna i druga zasługuje na doprowadzenie do końca.
W wielu miejscach rysunki to jakaś zgroza; w innych- patrzę z nabożnym podziwem, że to ja narysowałam, bo w tej chwili już bym tak nie umiała. Kreska rdzewieje, nieużywana :/
Ale się postaram tak czy inaczej; na początek- postaram sie przypomnieć sobie, o co mi chodziło na tych arkuszach, które już naszkicowałam, ale którym nie porobiłam nawet zarysu treści w dymkach XD
Bo teraz, choć paczę i paczę, to nie wiem, co tam chciałam zrobić -_-
Jedno jest pewne: będę musiała podorysowywać masę plansz pomiędzy już istniejącymi- może i pomysł na historię miałam, ale scenarzysta komiksowy ze mnie żaden.
Teraz tak czytałam, i parę razy byłam wręcz zażenowana natężeniem emo-angstu tu i ówdzie, a także nawarstwieniem suspensów; ciągle drama-drama, bez momentów gładkiego nurtu fabuły, czy przeciwnie- solidnego wybuchu.
Cóż, będę miała co robić tej zimy XD
Bo wszak przeprowadzka, nowa praca, szukanie mieszkania i tego typu kwiatki to przecież mało, prawdaż...