Mam niesamowitą znów jazdę na cyrkowo-carnivalowe klimaty.
Otoczyłabym się tym ze wszech stron; prążkowane materiały, koronki i porwane tiule; puste ramy po obrazach, pierścionki bez oczek, klatki dla ptaków- bez ptaków; muzyka grana na pile albo jak z upiornej katarynki.
Gadżetów tego typu mam sporo - jak by nie było, lubuję się w tej estetyce od lat, nawet, jesli nie znałam właściwego na nią terminu. Fanty takie tkwią upchnięte w różnych kątach, jako że brak miejsca na właściwą ekspozycje (ale to sie niebawem zmieni. Jeszcze pewnie w tym roku.)
Żałuję, że "Devil's Carnival" okazał się nie do końca tym, czego oczekiwałam, ale i tak jest jedną z rzeczy, do których chętnie teraz wracam. I ponownie zastanawiam się, dlaczego ukręcono łeb tak cudownemu pomysłowi telewizyjnemu, jakim był "Carnival".
Znów też, podobnie, jak swego czasu było z Londynem we wszelkich wersjach i odsłonach- rzeczywistość sama przetasowała się i ustawiła tak, żeby dostarczyć mi przejawów estetyki dark cabaret-owej. Jedną z tych rzeczy jest pewne radyjo internetowe, w którym lecą takie smaczki, jak Beat Circus, Tom Waits, Circus Contraption czy Jill Tracy. Inną- książka "Night circus", którą dorwałam na półeczce z nowościami w bibliotece. Po polsku, co prawda, ale skoro nie udało mi się udać na Pyrkon w celu pożyczenia oryginału od W., to wezmę i przekład :)
Cóż jeszcze...naszła mnie znów wena na szycie i popełniłam dwie spódnice, dzień po dniu; jedna wymaga jeszcze wykończenia, ale drugą mogę się już pochwalić:
Wracając do muzyki- artyści sceny dark cabaretowej są przeróżni, i wielu jest takich, którzy wpisali się w tą estetykę pojedyńczymi utworami, jak Coco Rossi, albo Czesław Śpiewa.
Jednak jedną z bardziej frapujących artystek jest Emilie Autumn. Jej image, teledyski, aranżacja występów czy dokonania sceniczne, są bardzo fajne i bardzo w moim klimacie. Głos ma niesamowity; cały czas odnoszę wrażenie, że nie usłyszeliśmy jeszcze całego jego potencjału.
Poza tym w "Devil's Carnival" grała zepsutą lalkę, która to rola w przedziwny sposób do niej pasowała.
I gra na skrzypcach i klawiszach. Możnaby pomyśleć, że -zważywszy na całą otoczkę- będzie ona jedną z moich ulubionych piosenkarek.
A tymczasem są zaledwie dwa, trzy jej utwory, które mogę znieść.
Reszta jej muzyki jest---płaska. Tandetna. Jakieś techno umpa-umpa. To tak, jakby zdjąć koreczek z przepięknego flakonu perfum i poczuć zapach taniutkiego śmierdzidła z Rossmana.
Jedną z tych trzech piosenek jest właśnie "Shalott" Musicie przyznać- jej głos ma niesamowity potencjał.
Szkoda tylko, że sama sobie piszę muzykę do większości utworów XD
piątek, 14 czerwca 2013
środa, 5 czerwca 2013
I po festiwalu...
Streetwaves było, było i się skończyło.
Uwielbiam ten festiwal; dzielnice, w których sie odbywa, zamieniają się w rejon magii, jakby tam nagle zaistniał Pod-Gdańsk, który wpadł do Nigdziebądź. Tak samo, jak podczas Fety- człowiek nigdy nie może być pewien, co napotka za rogiem.
Muzyka, siedzącego na dachu garażu? Kręcącego płytą pod trzepakiem DJa? Tekturowe postaci, wychylające się z okien zrujnowanego budynku? Płot, opleciony miriadą sztucznych kwiatów i plastikowych wstążek? Czy może kogoś, kto ci zaraz wręczy coś niecodziennego?..
Ja znienacka zostałam obdarowana obrazem; solidny kawał płótna, zrolowany tak, że dopiero w domu mogłam mu się przyjrzeć w pełnej krasie.
Dostałam też od Fasoli imieninową przypinkę z Disneyowską Alicją i Białym Królikiem, a od królującej na wonnym straganie perfumiarki fiolkę prześlicznego olejku zapachowego, w którym pięknie zmieszano zapach lipy i czarnej prozeczki- moc ma ulotną, ale jest tak piękny, świeży i smakowity, że mam zamiar się nim skrapiać co kilka godzin, póki mam. Potem trzeba bedzie pomyśleć, skąd zdobyć dolewkę.
Koncerty, głównie koncerty. Ale też parę akcji, między innymi taka, gdzie można było wytyczyć ulice na powstajacej na ścianie garażu mapie dzielnicy.
Ludzie pracowicie rysowali, kolorowali i wycinali drzewa, domki i samochody. Łódkę, staw.
Ja przykleiłam ośmiornicę :D
Z satysfakcją odnotowuję, że była większa od łodzi. Tak, jak i powinna.
Znów mi się śniło tsunami, tak tylko mówię...
Teraz byle do Fety.
Uwielbiam ten festiwal; dzielnice, w których sie odbywa, zamieniają się w rejon magii, jakby tam nagle zaistniał Pod-Gdańsk, który wpadł do Nigdziebądź. Tak samo, jak podczas Fety- człowiek nigdy nie może być pewien, co napotka za rogiem.
Muzyka, siedzącego na dachu garażu? Kręcącego płytą pod trzepakiem DJa? Tekturowe postaci, wychylające się z okien zrujnowanego budynku? Płot, opleciony miriadą sztucznych kwiatów i plastikowych wstążek? Czy może kogoś, kto ci zaraz wręczy coś niecodziennego?..
Ja znienacka zostałam obdarowana obrazem; solidny kawał płótna, zrolowany tak, że dopiero w domu mogłam mu się przyjrzeć w pełnej krasie.
Dostałam też od Fasoli imieninową przypinkę z Disneyowską Alicją i Białym Królikiem, a od królującej na wonnym straganie perfumiarki fiolkę prześlicznego olejku zapachowego, w którym pięknie zmieszano zapach lipy i czarnej prozeczki- moc ma ulotną, ale jest tak piękny, świeży i smakowity, że mam zamiar się nim skrapiać co kilka godzin, póki mam. Potem trzeba bedzie pomyśleć, skąd zdobyć dolewkę.
Koncerty, głównie koncerty. Ale też parę akcji, między innymi taka, gdzie można było wytyczyć ulice na powstajacej na ścianie garażu mapie dzielnicy.
Ludzie pracowicie rysowali, kolorowali i wycinali drzewa, domki i samochody. Łódkę, staw.
Ja przykleiłam ośmiornicę :D
Z satysfakcją odnotowuję, że była większa od łodzi. Tak, jak i powinna.
Znów mi się śniło tsunami, tak tylko mówię...
Daliśmy sobie też zrobić zdjęcie metodą mokrego kolodionu, obejrzeliśmy płomienną rozgrywkę w dwa ognie, ukuliśmy nowy bon mot o "twojej starej" i odkryliśmy kolejne zachowane skanseny PRLu w postaci sali balowej rodem z koszmarów Barei.
Cudownie było machnąć ręką na czekającą robotę, i pójść w noc, gdzie światełka, muzyka, ludzie przemykający w mroku jak zjawy, rozstawione w mroku parku zwiewne pokoiki z gazy i świateł, gdzie tu i owdzie wyrastały z ciemności oświetlone karuzelową iluminacją altanki z jedzeniem...
To są momenty, kiedy miasto jest inne; na chwilę jest pozbawione swojej urzędowej, nieprzepuszczalnej skorupy. Wchodzi się w warstwę jego snów~
Teraz byle do Fety.
poniedziałek, 27 maja 2013
Gorączka
Mam, słuchajcie; mam *_*
Kwadrans temu "Leśna śmierć" uzyskała ostateczną formę muzyczną (chodzi o akompaniament, linia melodyczna, którą wymyśliłam wczoraj, się nie zmieniła).
Pół dnia dziś szukałam tej melodii; jakieś lekcje po drodze były, sprawy do załatwienia ze szkołą, obiad, inne pierdoły. Załatwiłam; skradły mi sporo światła dnia, sporo czasu, kiedy mogłam grać.
Teraz jest wpół do jedenastej, a ja piętnaście minut temu uzyskałam efekt, o który chodziło; który powinnam teraz ćwiczyć i ćwiczyć i ćwiczyć, żeby móc to zagrać śpiewająco.
Dosłownie.
A sporo czasu strawiłam na ozdobną wersję, jakieś trele i fikołki, gęste i bogate pasmo akompaniamentu, które okazała się totalnie błędną, chybioną uliczką.
Nie do tej piosenki. Tu musi być akompaniament wyrazisty, owszem- ale prosty. Cała jego chropawość, jego smaczek, ma się zawierać w synkopowym rytmie i czarnawych, złowieszczych nutach, które pojawiają się w trzeciej strofce. Żadnych zawijasów i naćkanych wszędzie palcówek.
Potrzebuje porządny keyboard. Najlepiej to by było mieć dobre elektroniczne pianino- ale na tych, zdaje się, nie można robić nagrań, zatem- keyboard. Ale taki porządny; gdzie też podłączę sobie słuchaweczki, ustawię dźwięk fortepianu- który bedzie brzmiał zbliżenie do fortepianu, a nie jak konająca żyrafa- i będę mogła grać w nocy. Bo wtedy wreszcie mam względny spokój od tego zgiełkliwego świata, który ciągle coś ode mnie CHCE XD
Ja wiem, te utworki to nie jest mistrzostwo świata; no i co. Moje :P
I raz na jakiś czas zdarza się ta chwila, kiedy mam ochotę z pełnym dumy sercem i z podziwem powiedzieć sobie: jestem zajebista :D
Jutro mi przejdzie, więc chwytać chwilę, póki ciepła XD
Kwadrans temu "Leśna śmierć" uzyskała ostateczną formę muzyczną (chodzi o akompaniament, linia melodyczna, którą wymyśliłam wczoraj, się nie zmieniła).
Pół dnia dziś szukałam tej melodii; jakieś lekcje po drodze były, sprawy do załatwienia ze szkołą, obiad, inne pierdoły. Załatwiłam; skradły mi sporo światła dnia, sporo czasu, kiedy mogłam grać.
Teraz jest wpół do jedenastej, a ja piętnaście minut temu uzyskałam efekt, o który chodziło; który powinnam teraz ćwiczyć i ćwiczyć i ćwiczyć, żeby móc to zagrać śpiewająco.
Dosłownie.
A sporo czasu strawiłam na ozdobną wersję, jakieś trele i fikołki, gęste i bogate pasmo akompaniamentu, które okazała się totalnie błędną, chybioną uliczką.
Nie do tej piosenki. Tu musi być akompaniament wyrazisty, owszem- ale prosty. Cała jego chropawość, jego smaczek, ma się zawierać w synkopowym rytmie i czarnawych, złowieszczych nutach, które pojawiają się w trzeciej strofce. Żadnych zawijasów i naćkanych wszędzie palcówek.
Potrzebuje porządny keyboard. Najlepiej to by było mieć dobre elektroniczne pianino- ale na tych, zdaje się, nie można robić nagrań, zatem- keyboard. Ale taki porządny; gdzie też podłączę sobie słuchaweczki, ustawię dźwięk fortepianu- który bedzie brzmiał zbliżenie do fortepianu, a nie jak konająca żyrafa- i będę mogła grać w nocy. Bo wtedy wreszcie mam względny spokój od tego zgiełkliwego świata, który ciągle coś ode mnie CHCE XD
Ja wiem, te utworki to nie jest mistrzostwo świata; no i co. Moje :P
I raz na jakiś czas zdarza się ta chwila, kiedy mam ochotę z pełnym dumy sercem i z podziwem powiedzieć sobie: jestem zajebista :D
Jutro mi przejdzie, więc chwytać chwilę, póki ciepła XD
niedziela, 26 maja 2013
Śmierć leśna
Dziś, praktycznie z marszu, brzdąkając sobie od niechcenia na pianinie i wgapiając się chciwie w wybrane wiersze z ulubionego tomiku ("Strofy z dreszczykiem"). ułożyłam melodię do wspaniałego wiersza, który już kilkakrotnie przyciągał moją uwagę, a który wreszcie D., podczas zesżłoweekendowego byczenia się na łące, stanowczo mi wskazała jako kolejny cel moich muzycznych prób i starań.
Maria Czerkawska. To była wspaniała, pełna pasji poetka; zwana poetką lasu. Można znaleźć niektóre jej wiersze miłosne (http://milosc.info/wiersze/Maria-Czerkawska/Milosc.php ), ale tak poza tym niewiele jest jej utworów na sieci, a "Śmierci leśnej" próżno szukać.
Dlatego też przepiszę tu cały tekst; może kiedys ktos będzie go poszukiwał, albo będzie potrzebował tekstów w tak namacalny, pełnowymiarowy, organoleptycznie odczuwalny sposób przedstawiających las. Czytam ten wiersz i czuję zapach nagrzanej słońcem ściółki leśnej...
Melodia przyszła mi do głowy na kwadrans przed wyjściem na świętowanie Dnia Matki. Nagrałam swój chropawy śpiew na dyktafon, żeby nie zapomnieć, ale w tym momencie też zapamiętałam wiersz. Niebywałe; wystarczy mi muzyka, żeby słowa wskoczyły na swoje miejsca w komórkach pamięci. Gdybym miała ten sam tekst wydeklamować, zapewne następowałyby spore przerwy techniczne na przypomnienie sobie poszczególnych linijek i słów.
I po raz kolejny- ułożył mi sie fajny kawałek, kiedy po prostu tak sobie,ot- pogrywałam cosik, bez żadnego szczególnego planu ni zamysłu. Niechcenie- to już o krok od niedziałania, wuwei, i nirwany. Juhu :P
Maria Czerkawska. To była wspaniała, pełna pasji poetka; zwana poetką lasu. Można znaleźć niektóre jej wiersze miłosne (http://milosc.info/wiersze/Maria-Czerkawska/Milosc.php ), ale tak poza tym niewiele jest jej utworów na sieci, a "Śmierci leśnej" próżno szukać.
Dlatego też przepiszę tu cały tekst; może kiedys ktos będzie go poszukiwał, albo będzie potrzebował tekstów w tak namacalny, pełnowymiarowy, organoleptycznie odczuwalny sposób przedstawiających las. Czytam ten wiersz i czuję zapach nagrzanej słońcem ściółki leśnej...
"Śmierć leśna ma oczy zielone,
Z połyskiem zachłannym gęstwiny,
Śmierć leśna ma rude warkocze
i nogi wysmukłe dziewczyny.
Twarzyczką pociągłą i bladą,
Czerwoną zagadką ust kusi;
Rękami smagłymi, silnymi,
Przyciagnie, owinie, zadusi.
Śmierć leśna ze żmiją na piersiach
Na ścieżce w gorące dnie leży...
Śmierć leśna z jastrzębiem nad głową
Nie wiedzieć, skąd nagle uderzy.
Zza wilczej błyszczącej jagody
Do dzieci uśmiecha się czule
I kwiatów klejnoty układa
Na bagien bezdennej szkatule.
Zakrada się krokiem łasicy
Do gniazda miłosci szczęśliwej,
I sarny nagania złociste
Pod drzewa, gdzie stoi myśliwy.
Śmierć leśna zna piły chimery,
Nad głową nachyla się drwala,
i z lekkim skrzywieniem usteczek
Kadłubem go jodły przywala.
Zaszywa się w jary przepastne,
Jak dzika, spłoszona dziewczyna;
Paprocie, krzewiny i chwasty
na oślep podcina, podcina...
A w noce spękane od gromów,
Gdy drą się gałęzie jak pióra,
Z zygzakiem się łączy piorunów
Jej włosów czerwona wichura."
Melodia przyszła mi do głowy na kwadrans przed wyjściem na świętowanie Dnia Matki. Nagrałam swój chropawy śpiew na dyktafon, żeby nie zapomnieć, ale w tym momencie też zapamiętałam wiersz. Niebywałe; wystarczy mi muzyka, żeby słowa wskoczyły na swoje miejsca w komórkach pamięci. Gdybym miała ten sam tekst wydeklamować, zapewne następowałyby spore przerwy techniczne na przypomnienie sobie poszczególnych linijek i słów.
I po raz kolejny- ułożył mi sie fajny kawałek, kiedy po prostu tak sobie,ot- pogrywałam cosik, bez żadnego szczególnego planu ni zamysłu. Niechcenie- to już o krok od niedziałania, wuwei, i nirwany. Juhu :P
piątek, 24 maja 2013
Zmęczenie materiału
Obejrzałam właśnie niepokojące, wstrząsające wręcz nagranie, gdzie wywiadu udzialał człowiek, który dopiero co zamordował przechodnia, tasakiem. Ciało leżało na jezdni, co jakiś czas chwytane ciekawskim okiem kamery, a morderca przedstawiał swoje poglądy na świat. Tłumek gapiów kręcił się na obrzeżach, ciekawość powstrzymywana barierą lekkiego strachu.
Przez moment również myślałam, że to może jakiś szokujący manifest albo happening; te dłonie, calutkie pokryte krwią, tasak, którym mężczyzna wymachiwał.
Ale nie. Tam, na jezdni, leżał trup człowieka, który kilka chwil wcześniej został tym tasakiem zmasakrowany.
Mogliśmy to zobaczyć na filmie, kilka minut po wydarzeniu.
Co się dzieje z tym światem?... Niedługo naprawdę będziemy mieli Igrzyska Śmierci.
Tymczasem codzienność robi się zajadła.
Kiedy osiągam odpowiednio wysoki stopień ogólnego wycieńczenia, to tak, jakbym jechała z górki na sankach. Z bardzo wysokiej i stromej górki, i nie siedząc wygodnie, a trzymając się kurczowa oparcia i powiewając z tyłu pojazdu jak flaga.
Ledwo ogarniam; stąd właśnie wizja mojego pokoju w takie dni.

Będę potrzebowała co najmniej jednego całego dnia wolnego (czyli jakiegoś wtorku), żeby pozbierać i posegregować wszystkie papierzyska, książki, biżuterię, kosmetyki, porozwalane po całej przestrzeni widocznej i niewidocznej.
Choć co za sens- wystarczy jeden poranek, by gehenna się rozpętała de novo XD
Muter uważa, że z pokolenia na pokolenie coraz mniej mamy odporności na pracę, na zmęczenie.
Być może w jakimś stopniu jest to prawdą. Ale też warunki się zmieniły; it's a brave new world,,.
Kiedyś, kiedy ludzie mieli pracę, była to w przeważającej cześci przypadków bezpieczna, pewna posada, gdzie i konkretna umowa, i świadczenia, i trzynastki, i emerytura czy przewidziany okres wypowiedzenia. Te opowieści, jak to się przychodziło, najpierw kawa i ploteczki, jakieś wyskoczenie na miasto w celu załatwienia swoich własnych spraw, równo po 8 godzinach- do domku, gdzie praca z człowiekiem nie przychodziła..
Teraz, w warunkach wolnego rynku, gospodarki o drapieżnym charakterze, masz tyle, ile wywalczysz. A czasami musisz powalczyć, żeby mieć chociaż tyle.
Jest to bardzo widoczne w przypadku wolnostrzelectwa, ale też w przypadku bardziej ukorzenionych form zatrudnienia. Przez wszystko przeziera niepewność.
Nadal jestem przeszczęśliwa, że jestem w Gdańsku; ale rutyna zaczyna uwierać, od miesięcy niczego nowego nie skomponowałam, co gorsza- wyjechałabym gdzieś, ale nie mam nawet pomysłu gdzie, zaś podczas przeglądania ofert lotniczych żadna nazwa, żadne miejsce nie budzi dreszczyku emocji.
Zresztą, co to za frajda- jechać samemu :/
Przez moment również myślałam, że to może jakiś szokujący manifest albo happening; te dłonie, calutkie pokryte krwią, tasak, którym mężczyzna wymachiwał.
Ale nie. Tam, na jezdni, leżał trup człowieka, który kilka chwil wcześniej został tym tasakiem zmasakrowany.
Mogliśmy to zobaczyć na filmie, kilka minut po wydarzeniu.
Co się dzieje z tym światem?... Niedługo naprawdę będziemy mieli Igrzyska Śmierci.
Tymczasem codzienność robi się zajadła.
Kiedy osiągam odpowiednio wysoki stopień ogólnego wycieńczenia, to tak, jakbym jechała z górki na sankach. Z bardzo wysokiej i stromej górki, i nie siedząc wygodnie, a trzymając się kurczowa oparcia i powiewając z tyłu pojazdu jak flaga.
Ledwo ogarniam; stąd właśnie wizja mojego pokoju w takie dni.

Będę potrzebowała co najmniej jednego całego dnia wolnego (czyli jakiegoś wtorku), żeby pozbierać i posegregować wszystkie papierzyska, książki, biżuterię, kosmetyki, porozwalane po całej przestrzeni widocznej i niewidocznej.
Choć co za sens- wystarczy jeden poranek, by gehenna się rozpętała de novo XD
Muter uważa, że z pokolenia na pokolenie coraz mniej mamy odporności na pracę, na zmęczenie.
Być może w jakimś stopniu jest to prawdą. Ale też warunki się zmieniły; it's a brave new world,,.
Kiedyś, kiedy ludzie mieli pracę, była to w przeważającej cześci przypadków bezpieczna, pewna posada, gdzie i konkretna umowa, i świadczenia, i trzynastki, i emerytura czy przewidziany okres wypowiedzenia. Te opowieści, jak to się przychodziło, najpierw kawa i ploteczki, jakieś wyskoczenie na miasto w celu załatwienia swoich własnych spraw, równo po 8 godzinach- do domku, gdzie praca z człowiekiem nie przychodziła..
Teraz, w warunkach wolnego rynku, gospodarki o drapieżnym charakterze, masz tyle, ile wywalczysz. A czasami musisz powalczyć, żeby mieć chociaż tyle.
Jest to bardzo widoczne w przypadku wolnostrzelectwa, ale też w przypadku bardziej ukorzenionych form zatrudnienia. Przez wszystko przeziera niepewność.
Nadal jestem przeszczęśliwa, że jestem w Gdańsku; ale rutyna zaczyna uwierać, od miesięcy niczego nowego nie skomponowałam, co gorsza- wyjechałabym gdzieś, ale nie mam nawet pomysłu gdzie, zaś podczas przeglądania ofert lotniczych żadna nazwa, żadne miejsce nie budzi dreszczyku emocji.
Zresztą, co to za frajda- jechać samemu :/
niedziela, 19 maja 2013
A tak w ogole to nie cierpię wystąpień publicznych
Udało mi się przetrwać Noc Muzeów.
Złożyło się o tyle fatalnie, bo tegoż właśnei wieczoru toarzystwo siedziało w ogrodzie i raczyło się różnymi takimi, ja zaś wpadłam jak po ogień, chwilę się pocieszyłam miłą kompaniją, po czym- z nerwami nieczko ukojonymi Shmyetanka Ginem- pognałam na prezentację.
Ledwo weszliśmy do Galerii, pod zawiesistym, dyszącym zemstą niebem, huknęło, trachnęło i rozpętała się burza. Więc przynajmniej tyle: ja się nie wygrzewam w ogrodzie- nikt sie nie wygrzewa :D
Oczywiście, że były problemy sprzętowe; oczywiście, że nie było części potrzebnych mi do wywieszenia dodatków i wydruków; po wodę do zwilżenia gardła szłam do kranu w toalecie, i przez całą prezentację - 4 godziny- stałam, bo było mało krzeseł.
Ale i tak udało sie zacnie.
Przyszło sporo ludzi; później pojawiły się, naturalnie, fluktuacje w liczebności, ale to taka noc- ludzie zaglądają, przystaną, idą dalej. Ale wielu zostawało na dłużej, wielu wracało, niektórzy byli na całości.
Pojawiło sie, oczywiście, troche przebojowej młodzieży, pragnącej wykazać mi błędy, albo coś może innego udownodnić, ale ku mojemu zdumieniu- nie irytowali mnie wcale. Cieszyłam się, że uczestniczą żywo w prelekcji, poza tym niezmiernie uradowało mnie, gdy jeden człowiek został zauroczony moim kochanym gagaku- prosił nawet o powtórne włączenie Etenraku, i już za to polubiłam go serdecznie- a z kolei inny domagał sie dłuższego puszczania scenek z No i Kabuki.
W ogóle- teatrem trochę ludzi zabiłam. Najdłużej o nim opowiadałam, pokazywałam filmiki, zdjęcia- monitorowałam, owszem, cały czas wytrzymałość audytorium, ale nie zamierzałam odpuszczać, co najwyżej tylko łagodzić dawkę anegdotkami i pytaniami.
W którymś momencie poraziła mne myśl: zamieniam się w profesor Ż. :D
Co tam kaligrafia, ceremonia herbaciana, inne bzdety. Tu sie o teatrze mówi :D
Przygotowując się wcześniej do bardzo skrótowej pogadanki o muzyce japońskiej, znalazłam za to trochę nowych, ciekawych wykonawców.
I obawiam się, że jest źle, coś jest ze mną nie tak. To, co znalazłam, mi się podobało -_- Wszystko; i ta rockowa kapelka- która jest wcale przyzwoita, a wokalista ma fajny głos- i ten kolorowy pop.
Tak, wiem, wiem, to jest bardzo proste łupu-cupu, ale jest na maksa radosna, a teledysk jest zabawny. Podoba mi się i już.
A i tak najlepsze były Trufelki, i widziałam, że ludziom też się podobało. A to coś znaczy- dobra publika mi przyszła :) Pogadaliśmy o muzyce, ludzie dzielili się swoimi opiniami, zadawali ciekawe pytania- naprawdę aż przyjemnie takim ludziom coś opowiadać.
Uśmiałam się, kiedy przed puszczeniem ludziom pokazu slajdów z Visual Keiowcami, zapowiedziałam, że jak na zdjęciu sie pojawi jakaś kobieta, to powiem to przez mikrofon.
Zdjęcia lecą, ludzie patrzą pilnie, dosć szaybko zaczynają popatrywać na mnie- ja milczę; popatrują coraz niepewniej, to na ekran, to na mnie- ja nic. W końcu przy kolejnym zdjęciu ktoś nie wytrzymal, i rzekł głosem podszytym protestem : "Ale to...?".
"Nadal nie jeste kobieta" odparłam gładko.
Na widowni- radość. :D
J-rock:
J-pop :D
Trufle:
Złożyło się o tyle fatalnie, bo tegoż właśnei wieczoru toarzystwo siedziało w ogrodzie i raczyło się różnymi takimi, ja zaś wpadłam jak po ogień, chwilę się pocieszyłam miłą kompaniją, po czym- z nerwami nieczko ukojonymi Shmyetanka Ginem- pognałam na prezentację.
Ledwo weszliśmy do Galerii, pod zawiesistym, dyszącym zemstą niebem, huknęło, trachnęło i rozpętała się burza. Więc przynajmniej tyle: ja się nie wygrzewam w ogrodzie- nikt sie nie wygrzewa :D
Oczywiście, że były problemy sprzętowe; oczywiście, że nie było części potrzebnych mi do wywieszenia dodatków i wydruków; po wodę do zwilżenia gardła szłam do kranu w toalecie, i przez całą prezentację - 4 godziny- stałam, bo było mało krzeseł.
Ale i tak udało sie zacnie.
Przyszło sporo ludzi; później pojawiły się, naturalnie, fluktuacje w liczebności, ale to taka noc- ludzie zaglądają, przystaną, idą dalej. Ale wielu zostawało na dłużej, wielu wracało, niektórzy byli na całości.
Pojawiło sie, oczywiście, troche przebojowej młodzieży, pragnącej wykazać mi błędy, albo coś może innego udownodnić, ale ku mojemu zdumieniu- nie irytowali mnie wcale. Cieszyłam się, że uczestniczą żywo w prelekcji, poza tym niezmiernie uradowało mnie, gdy jeden człowiek został zauroczony moim kochanym gagaku- prosił nawet o powtórne włączenie Etenraku, i już za to polubiłam go serdecznie- a z kolei inny domagał sie dłuższego puszczania scenek z No i Kabuki.
W ogóle- teatrem trochę ludzi zabiłam. Najdłużej o nim opowiadałam, pokazywałam filmiki, zdjęcia- monitorowałam, owszem, cały czas wytrzymałość audytorium, ale nie zamierzałam odpuszczać, co najwyżej tylko łagodzić dawkę anegdotkami i pytaniami.
W którymś momencie poraziła mne myśl: zamieniam się w profesor Ż. :D
Co tam kaligrafia, ceremonia herbaciana, inne bzdety. Tu sie o teatrze mówi :D
Przygotowując się wcześniej do bardzo skrótowej pogadanki o muzyce japońskiej, znalazłam za to trochę nowych, ciekawych wykonawców.
I obawiam się, że jest źle, coś jest ze mną nie tak. To, co znalazłam, mi się podobało -_- Wszystko; i ta rockowa kapelka- która jest wcale przyzwoita, a wokalista ma fajny głos- i ten kolorowy pop.
Tak, wiem, wiem, to jest bardzo proste łupu-cupu, ale jest na maksa radosna, a teledysk jest zabawny. Podoba mi się i już.
A i tak najlepsze były Trufelki, i widziałam, że ludziom też się podobało. A to coś znaczy- dobra publika mi przyszła :) Pogadaliśmy o muzyce, ludzie dzielili się swoimi opiniami, zadawali ciekawe pytania- naprawdę aż przyjemnie takim ludziom coś opowiadać.
Uśmiałam się, kiedy przed puszczeniem ludziom pokazu slajdów z Visual Keiowcami, zapowiedziałam, że jak na zdjęciu sie pojawi jakaś kobieta, to powiem to przez mikrofon.
Zdjęcia lecą, ludzie patrzą pilnie, dosć szaybko zaczynają popatrywać na mnie- ja milczę; popatrują coraz niepewniej, to na ekran, to na mnie- ja nic. W końcu przy kolejnym zdjęciu ktoś nie wytrzymal, i rzekł głosem podszytym protestem : "Ale to...?".
"Nadal nie jeste kobieta" odparłam gładko.
Na widowni- radość. :D
J-rock:
J-pop :D
Trufle:
wtorek, 14 maja 2013
Crazy time
Uwaga, notkę popełniam, ale ostatnimi czasy czuję się, jakbym nieustannie tkwiła w środku gwarnego i dziwnego lunaparku Terranca Zdunicha, więc nie wiem, co z tego wyjdzie.
Siedzę po nocach, próbuję ogarniać zlecenia, a jednocześnie najbardziej ciągnie mnie teraz do spotkań ze znajomymi, socjalizowania się, plansz, wycieczek no i jazzu- trudno w takiej sytuacji skupić całą moc przerobową na pracy.
Jakoby wiosna i nie wiosna zarazem.
Mam teraz fazę na muzykę mało wiosenną, industrialną, ciężkie i posępne zgrzyty maszyn, jękliwy śpiew metalu trącego o metal, jakieś posępne wycia, mhrok i szmatan, czyli Recoil, Bauhaus, Spooncurve czy Ulver.
Ale kiedy biedziłam się z problemem paliwa, do którego mogłabym tymi wieczorami i nocami działać, to właśnie takie, mroczne, posiadające niemal namacalny ciężar brzmienia okazały się tym, co pozwala mi przejść na inny poziom funkcji mózgu i pracować w skupieniu.
Szukając więcej podobnego typu muzy, znalazłam Kazaky. Szczególnie podoba mi się ta piosenka- i ten teledysk. Uprzedzam, dla niektórych może być niesmaczną perwerą, ale mi się podoba :P Aż sobie zrobiłam tapetkę z jednego screena. Przypomina mi czasy Enzo i mojego ukochanego Jeana Geneta.
---Do którego może sobie wrócę, lato idzie, a to zawsze była moja lektura na lato...
I tańczyć mi się chce, ale teraz to już na maksa XD
Tymczasem wracam do Bauhasu i do próby organizacji dnia.

Siedzę po nocach, próbuję ogarniać zlecenia, a jednocześnie najbardziej ciągnie mnie teraz do spotkań ze znajomymi, socjalizowania się, plansz, wycieczek no i jazzu- trudno w takiej sytuacji skupić całą moc przerobową na pracy.
Jakoby wiosna i nie wiosna zarazem.
Mam teraz fazę na muzykę mało wiosenną, industrialną, ciężkie i posępne zgrzyty maszyn, jękliwy śpiew metalu trącego o metal, jakieś posępne wycia, mhrok i szmatan, czyli Recoil, Bauhaus, Spooncurve czy Ulver.
Ale kiedy biedziłam się z problemem paliwa, do którego mogłabym tymi wieczorami i nocami działać, to właśnie takie, mroczne, posiadające niemal namacalny ciężar brzmienia okazały się tym, co pozwala mi przejść na inny poziom funkcji mózgu i pracować w skupieniu.
Szukając więcej podobnego typu muzy, znalazłam Kazaky. Szczególnie podoba mi się ta piosenka- i ten teledysk. Uprzedzam, dla niektórych może być niesmaczną perwerą, ale mi się podoba :P Aż sobie zrobiłam tapetkę z jednego screena. Przypomina mi czasy Enzo i mojego ukochanego Jeana Geneta.
---Do którego może sobie wrócę, lato idzie, a to zawsze była moja lektura na lato...
I tańczyć mi się chce, ale teraz to już na maksa XD
Tymczasem wracam do Bauhasu i do próby organizacji dnia.

piątek, 10 maja 2013
Jazz c.d.
Wczoraj- afro jazz.
Dobrze się złożyło, to ogólnie był ciężki dzień, najpierw przecudne słońce i ciepło, a potem gwałtowny spadek ciśnienia, burza, chłodek i mokre błocko w sandałach.
Chodziłam jak błędna, co w pracy polegającej na uczeniu innych, odpowiadaniu na ich pytania, ich wyjaśnianiu wątpliwosci natury gramatycznej, potrafi utrudniać życie XD
Szaleńcze podskakiwanie z przytupami, z ramionami wykonującymi szerokie, mocne i zamaszyste gesty, przy rozcapierzonych drapieżnie palcach- to było odświeżające (choć nie w dosłownym sensie tego słowa). Zero subtelnych pląsów i zawijasków, tylko żywiołowy i radosny prymitywizm ruchów.
Wyszłam z zajęć na czterech, ale bardzo szczęśliwych czterech :D
Później, co prawda, strasznie kręciło mi się w głowie, przez co nie wykorzystałam tych kilku minut pustki w sali, żeby przećwiczyć swój układ- do którego naprawdę będę potrzebować nieco więcej przestrzeni, niż mój pokój może mi ofiarować.
Cały album wrzucam, choć taki fajny taneczny rytm to tam jest około minuty 41:00.
Dobrze się złożyło, to ogólnie był ciężki dzień, najpierw przecudne słońce i ciepło, a potem gwałtowny spadek ciśnienia, burza, chłodek i mokre błocko w sandałach.
Chodziłam jak błędna, co w pracy polegającej na uczeniu innych, odpowiadaniu na ich pytania, ich wyjaśnianiu wątpliwosci natury gramatycznej, potrafi utrudniać życie XD
Szaleńcze podskakiwanie z przytupami, z ramionami wykonującymi szerokie, mocne i zamaszyste gesty, przy rozcapierzonych drapieżnie palcach- to było odświeżające (choć nie w dosłownym sensie tego słowa). Zero subtelnych pląsów i zawijasków, tylko żywiołowy i radosny prymitywizm ruchów.
Wyszłam z zajęć na czterech, ale bardzo szczęśliwych czterech :D
Później, co prawda, strasznie kręciło mi się w głowie, przez co nie wykorzystałam tych kilku minut pustki w sali, żeby przećwiczyć swój układ- do którego naprawdę będę potrzebować nieco więcej przestrzeni, niż mój pokój może mi ofiarować.
Cały album wrzucam, choć taki fajny taneczny rytm to tam jest około minuty 41:00.
środa, 8 maja 2013
wtorek, 7 maja 2013
Blarh i w ogóle
It's official.
Nie znoszę rysować na akord :/
Nie mogę, nie lubię, nie chcę.
Ale tak jest z więkoszością rzeczy- jeśli przechodzą z kategorii "mogę (jeśli mi się zachce)" do "muszę", odchodzi mi wszelka chęć do działania, popadam w przygnębienie i mam ochotę zapaść w śpiączkę, a potem uciec z domu XD
A wykładowcy się dziwili, dlaczego rzucam ASP. Musisz to, musisz tamto... Blarh. Can't. Won't. Frack off.
Słusznie, Amigo, prawiłeś, że w takich sytuacjach pomaga jedynie pewna dawka alkoholu -_- Już minęło południe, więc zaraz sięgnę po piwko w ten słoneczny, przyjemny dzień, który ----spedzę ślęcząc przed kompem. Joy.
Coraz cześciej jedyne przesłanie dla świata, które mam ochotę wygłosić, to: A niech mi wszyscy dadzą święty spokój XD
A bilety na Alegrie w sierpniu już mam. O.
Nie znoszę rysować na akord :/
Nie mogę, nie lubię, nie chcę.
Ale tak jest z więkoszością rzeczy- jeśli przechodzą z kategorii "mogę (jeśli mi się zachce)" do "muszę", odchodzi mi wszelka chęć do działania, popadam w przygnębienie i mam ochotę zapaść w śpiączkę, a potem uciec z domu XD
A wykładowcy się dziwili, dlaczego rzucam ASP. Musisz to, musisz tamto... Blarh. Can't. Won't. Frack off.
Słusznie, Amigo, prawiłeś, że w takich sytuacjach pomaga jedynie pewna dawka alkoholu -_- Już minęło południe, więc zaraz sięgnę po piwko w ten słoneczny, przyjemny dzień, który ----spedzę ślęcząc przed kompem. Joy.
Coraz cześciej jedyne przesłanie dla świata, które mam ochotę wygłosić, to: A niech mi wszyscy dadzą święty spokój XD
A bilety na Alegrie w sierpniu już mam. O.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



