sobota, 16 listopada 2013

Gorączka

Reisefieber. Ty nigdy nie przestaniesz mnie zdumiewać...
Ciekawa jest zależność odleglłości do poziomu głupot, jakie człowiek w tym stanie robi; innymi słowy, im dalej się wybieram, tym dziwniejsze i mniej istotne rzeczy wyczyniam tuż przed wyjazdem.
Tak i tym razem: za kilka godzin lecę do Japonii - i co robię?
Obejrzałam odcinek Doctora Who; znalazłam sobie buty na Nordcon, i na jeszcze jedną imprezę przebierankową; naprawiłam i przyczepiłam śmieszne strappu do torebki; poczyściłam dysk ze śmieci.
No dobra, trochę się spakowałam; tylko ciuchy i kilka kosmetyków; większość rzeczy będę używać do ostatniej chwili, więc nie ma sensu ich chować w czeluściach torby- walają się póki co po całym pokoju.
 
Ale jakby nie było- w zeszłym roku było dokładnie to samo- godzina wylotu zbliżała się wielkimi krokami, a mi się tak. Cholernie. NIE CHCIAŁO XD
Nie myślcie sobie, że tak tylko, kokieteryjnie rzucam,: "Och, nie, znowu ta Japonia, no ileż można, do znudzenia przecież...". Nie- ma to duży związek z charakterem wyjazdu, który to zaczyna się na "p", kończy na "a", a pośrodku ma masę wstrętnych liter, układających się w typową czynność, na którą przeciętny dorosły człowiek poświęca walną część życia.
Lubię moją pracę, ale niektóre jej aspekty regularnie przyprawiają mnie o stan przedzawałowy. Owszem, z fuchą innego rodzaju nie miałabym zapewne okazji latać sobie na wyspy co rok-dwa lata. Ale ile mnie to nerwów kosztuje. Co wyjazd- kilka lat życia mniej. Uczenie zaś kosztuje mnie masę energii i zdrowia. Wniąsek? Na 60 urodziny mam marne widoki XD
Plus dawno nie miałam solidnego wypoczynku, i teraz przydałby mi się- bardzo by mi się przydał- tydzień wolnego, kiedy to żaden uczeń nie przyłazi, żadna praca nie dzwoni, siedzę sobie w domu i czytam, spotykam ze znajomymi, gram, tworzę cosik- bo teraz oczywiście mam wenę na tworzenie masy rzeczy, ale to ona, to Gorączka robi, już ja znam te objawy. Działać, czynić, robić cokolwiek, byle tylko oderwać myśli od wyjazdu i stojącej za nim pracy. 
Na przykład zrobiłabym etui dla Pietuszy.
A tak, mam wreszcie czytnik ebooków, dochrapałam się, czy raczej- wydałam jeszcze nie zarobione pieniądze, któż tak nie robi :P
I nazwałam go Pietia Iwanowicz. 
-----Co robić, co robić, aż mi sie ręce z nerwów trzęsą... Zaraz jeszcze raz przejrzę notatki, i chyba sobie zafunduję relaksującą kąpiel, albo co, mantrę z głośnika,  szklaneczkę rumu, kolejny odcinek Doktora może... Lubię podróżować- ale dlaczego ja to sobie robię? Dlaczego taki stres?
Nordcon; myśleć o Nordconie. Tak, uff, to może zadziałać XD
Ludki, wspomożenie mentalne dawajcie, dobre fluidy ślijcie, bo jak rany...

czwartek, 14 listopada 2013

Incoming

Mieliście kiedyś tak, że tak bardzo nie chcieliście patrzeć, co przyszło na skrzynkę, przeznaczoną do spraw generalnie związanych z pracą- bo mogły tam przyjść różne maila, każące człowiekowi pracować- że czuliście ogromną awersję do uruchamiania tej poczty w ogóle?
I tak nie zadziałało, właśnie dostałam do kompletu trzech prac, ofertę czwartej- przez telefon, why didn't I see that one coming... Nie wiem, gdzie ją upchnę, to znaczy- wiem dobrze, i już opłakuję w skrytości ducha mój weekend :/ No dobra, jego połowę- ale zawsze
Ale jakoś nie przychodzi mi do głowy żaden dobry powód, żeby odmówić, poza tym, że lubię spać, i mieć święty spokój.
To, nawet wedle moich standardów, nieczko za mało..
A w skrzynce pewnie ciśnienie i zawierucha, i coś ktoś ode mnie chce- a ja już przechodzę z wolna w zimową hibernację ;__; I jak to pogodzić?... Byle do grudnia.

W każdym razie nie sprawdzałam skrzynki od paru dni, i na pewno nie jest to dobry pomysł. Powinnam teraz pracować pełną parą, przygotowywać się do tego i owego, więc oczywiście, czytam książki i nadrabiam filmy, robię paniczne zakupy niezbyt potrzebnych na tą chwilę rzeczy i generalnie- próbuję udawać, że wcale sie nie stresuję, przepuszczając coraz bardziej kurczący się czas przez palce.
Powiem Wam- nie działa ta średnio sprytna technika XD
Teraz też powinnam już spać.
Ale jak się położę- to następne otworzenie oczu przypadnie już na nowy dzień, tak- pracy. W ciągu ostatnich dziesięciu dni poniedziałek, radosnego rogalowego 11go listopada, był tym pierwszym, kiedy to pozwoliłam sobie spać aż do wyspania się- bo nie pracowałam. Hura.
Jak żyć, panie premierze?

***
Ale tak naprawdę to jest dobrze, tylko potrzebuję dwóch rzeczy na wyłączność: wycinka czasu i wycinka przestrzeni, Już ja się tam urządzę, nikt nawet nie zauważy, i dla nikogo nie będzie to problemem, obiecuję XD

czwartek, 24 października 2013

Tralala..

Znów: nie mogę przestać odsłuchiwać w głowie "Czerwonych Szóstek". Gra i gra i gra, w kółko (oczywiście, bez pomyłek, które wciąż jeszcze popełniam XD )
Idąc przez miasto, maszeruję do rytmu muzyki, a jest to kawałek szybki, energiczny.
W tym tempie jeszcze mi się znudzi, nim go w pełni opanuję -_-
Ale i tak, przeklinam każdą godzinę, którą muszę poświęcić na cokolwiek innego. Pracę. Zakupy. Sprzątanie. Ciszę nocną, etc.
Jutro cały dzień poza domem, od końca godziny nocnej do początku nowej, niech to demony.
W piątek- może będę miała jakąś godzinkę, jeśli wstanę odpowiednio wcześnie. W sobotę może dwie.
I znowu niedzielę spędzę w czterech ścianach, byle tylko móc grać.

Szkoda, że ten etap uniesienia i zachwytu nad dziełem trwa tak krótko :D Bo teraz ja latam, po prostu latam.
Swoją drogą, nie wiem, jak bardziej mogłabym dać wyraz swojego uwielbienia dla "Opowieści z Meekhańskiego pogranicza".
Mam na razie trzy utworki :3
Zakładam, że będzie więcej.

wtorek, 22 października 2013

Sky Cake

Od powrotu z Paryża cisza w eterze.
Kilka razy miałam ochotę napisać, ale to by mnie kosztowało kilka godzin snu, a i tak go sobie skąpię bardzo ostatnimi czasy. Tyle jest ciekawych rzeczy do robienia... Poza tym pójście spać oznacza, że następny moment przytomności złapie człowieka w kolejnym dniu pracy.
A jakkolwiek nie tak dawno winszowałam sobie tego, jak -co chyba ludzie nieczęsto sobie mówią- lubię swoje życie oraz swoje prace (bo lubię; czynni ludzki to zupełnie odrębna historia, do której jednak pewnie kiedyś wrócę), to jednocześnie mam coraz większe problemy z radosnym witaniem każdego nowego dnia, kiedy muszę do tej pracy iść :/
Może to ta rutyna.
Poza tym ostatnio po raz kolejny- i dowodzący niezbicie, że w niektórych przypadkach wyraziste i nie dające się podważyć doświadczenia przegrywają sromotnie w sytuacji, gdy człowiek nie chce wierzyć w ich rezultaty- przekonałam się, że nie ma dwóch takich samych światów. Co człowiek- to inna rzeczywistość, inne postrzegania świata, ergo- inny świat.
Bardzo to deprymujące niekiedy.
Po raz kolejny też musiałam sobie powiedzieć wyraźnie i dużymi literami, że moje indeterministyczne pojmowanie rzeczywistości nie jest wcale powszechnie przyjętym i podzielanym oglądem zjawisk i rzeczy- dla mnei jest tak oczywiste i naturalne, że kiedy spotykam się z niezrozumieniem, przeżywam szok, jakbym nagle trafiła na niewidzialny mur.
Teoretycznie nie powinnam, no bo wiadomo, nihil novi; nie oczekuję, że ludzie będą myśleć tak jak ja, odbierać świat, jak ja, tak samo go przetwarzać. Impossiburu.
Tym niemniej to takie----izolujące odkrycie.
Czasami jednak próbuję wykroić i przedstawić w kontrolowanym środowisku wycinek świata takim, jakim go widzę, ale porażka jest nieunikniona za każdym jednym razem.

Ale i tak popadam w przygnębienie (albo irytację; często jedno i drugie naraz), słysząc sformułowania w rodzaju: "Taka jest prawda", "Wszyscy wiedzą", czy "Na logikę". To nierozsądne, ale czuję się zawsze osobiście obrażana, jak mnie ktoś czymś takim częstuje XD
Albowiem: wg mnie nie ma czegoś takiego jak jedna prawda. Równie dobrze ja jako uzasadnienie czegoś mogę twierdzić, że tak mi powiedział staruszek jadący na chmurce.
"Wszyscy wiedzą" to moim zdaniem dość rozpaczliwa próba znalezienia bratniej duszy w chaosie obcych. Trzeba się wówczas pochylić nad człowiekiem. Niech wierzy w Sky Cake, jeśli potrzebuje.
"Logika" to kolejny sztuczny twór, który może sobie fragmentarycznie istnieć w bardzo, ale to bardzo ograniczonym zakresie i w relatywnie niewielu sytuacjach. Związki przyczynowo-skutkowe, dające nam zrąb twierdzeń logicznych, powstają w oparciu o posiadane informacje, a nigdy nie będzie tak, by człowiek miał pewność, że posiada WSZYSTKIE możliwe informacje na jakiś temat.
W danym momencie, bazując na tym, co wie, może założyć, że należy się spodziewać takiego i takiego rozwoju wydarzeń. Ale to wszystko- i jest to założenie bardzo niepewne, ustalone tymczasowo, do czasu pojawienie się nowych danych.
Prawa fizyki są najbardziej uprzywilejowane, bo regularnie testowane i badane, ale też dają ludziom często złudne poczucie ogarnięcia rzeczywistości, znanej, opisywanej i sklasyfikowanej do imentu.

-----Not.

W danym momencie ma się dostęp do maciupkiego wycinka rzeczywistości, subiektywnej i przefiltrowanej przez nasze osobiste doświadczenia.
Do tego ta rzeczywistość nigdy nie trwa w bezruchu, zmienia się w każdym jednym momencie.
To być może ludzi niepokoi; wolą wierzyć w poukładany, logiczny, kontrolowany świat <Sky Cake :P>
Ja widzę go takim mniej więcej:


***
Tymczasem mam nowy utworek.
Grając go słyszę, jaki jest prościuchny, wyraźnie słyszę powracające motywy, ale nic nie poradzę, już się ułożył, umościł w mojej głowie, i już jego trzonu nie zmienię; co najwyżej ozdobniki.
Prosty, ale przyjemny; instrumentalny, miło mi się go gra (sąsiedzi już pewnie dostją kota z tego powodu :D). Teraz potrzebuję wymyślić tytuł, żeby było wiadomo, że chodzi o Czerwone Szóstki z Meekhańskiego Pogranicza, ale żeby nie brzmiał, no----"Czerwone Szóstki z Meekhańskiego Pogranicza".
Choć zdrugiej strony to by był taki hispterski tytuł :D
Albo jeszcze lepiej: "Pełna Chwały Wyprawa CZerwonych Szóstek na Omiatane Wichrami Przełęcze Meekhańskiego Pogranicza" :v
Booyah.

niedziela, 6 października 2013

Paryż

Od powrotu z Paryża minął tydzień, a ja mam wrażenie, że to co najmniej dwa.
Praca zatakowała mnie w piątek po powrocie, już z samego rana, i tak naprawdę od tamtego czasu trwa kołowrót.
Ale wrażenia z podróży blakną powoli, wciąż pamiętam i silne słońce, i ból nóg, i smród w metrze, i radość z możliwości zwiedzania połowy atrakcji na specjalnych- hihi- warunkach...
Miasto jak miasto. Tygiel. "Śmietnik świata"- jak to określił jeden ze spotkanych na schodach Sacre Coeur Polaków, kiedy spędzaliśmy sobotni wieczór na sposób lokalsów, pijąc wino i patrząc na rozciągające się u naszych stóp miasto.
Mieliśmy też okazję oglądać obławę policji na domniemanego dealera narkotyków...
W oparach ganji, kanalizacji, wypchani bagietkami, serem-śmierdziuchem i winem, przemierzaliśmy te niegdyś sławne i piękne ulice, żeby odkryć, że naprawdę jesteśmy mniejszością etniczą, i w mieście, w którym mieszkać bym nie chciała.
Miłe do odwiedzenia, dobrze było obejrzeć wszystkiedzieła sztuki- a sztuki to zaznałam wbród i tym głównie będę się zaraz dzielić- ale Paryż to miasto na raz.
No, dwa, bo jednego miejsca, które bardzo chciałam zobaczyć, nie odwiedziłam.
Ale wszystkie Wielkie i Sławne miejsca tak, jak też parę małych i nieznanych zbyt szeroko.
Francuzi, wbrew obiegowej opinii, byli uczynni i pomocni, nawet jeśli nie uśmiechali się zbytnio.
Ciekawie było rano wybrać się po bagietki, kiedy nasza obskurna dzielnica w trzeciej strefie się dopiero budziła, zniknęli wszyscy Afrykańczycy, otwarcie palący jointy i śledzący wszystko badawczym spojrzeniem spode łba; wieczorem było to nieciekawe miejsce.
Hostel to temat sam w sobie- brudny, bez naczyń, z jedną kabiną prysznicową i gospodarzami-parą Chińczyków, z czego mąż nie posługiwał się żadnym innym językiem poza chińskim, a z nim to właśnie musieliśmy załatwiać połowę spraw. Ale po kilku dniach i do tego przywykliśmy, dużo w tym względzie załatwiało też zmęczenie po całodziennym łażeniu, oraz wino, jakie spożywaliśmy w ilościach przemysłowych.
Także, podsumowując: ogromnie się cieszę, że w końcu tam pojechałam, urlop był mi bardzo potrzebny, ale z pewnością nie będzie mi śpieszno wracać do tego miasta.
Zdjęcia są tu, część just jest na znanym portalu społecznośicowym lae tu jest więcej:
Paryż

Chociaż bagietki i wino tańsze od mleka były dobre :P
A oto kilka obrazów i rzeźb, które tak mnie zauroczyły, że mimo mnogości dzieł do oglądania wracałam do nich jak przyciągany magnesem opiłek. Opiłka. No, czymś tam opity człowiek :D
 Pierre Puget "Perseusz i Andromeda" , najbardziej romantyczna i wzruszająca rzeźba, jaką widziałam.

 Św. Sebastiano....pugnate, Sebastiano, pugnate ;D


 "Abel" Camille Belanger; bardzo popularny motyw na wystawie czasowje "Masculinity", rezydującej w Muzeum Orsay. Smaczne orbazy tam były, oj, smaczne...

 Jedno z moich wielu okryć: Giovanni Boldini.

Najpiękniejszy obraz Ofelii, jaki widziałam. Paul Delaroche.

Kolejne fascynujące odkrycie: Aime Morot. To, jak on stworzył światło na sylwetce na osiołku, pochłonęło mnie na długie minuty, jak też dwie studentki malarstwa z Polski, które zatrzymały się obok mnie i długo dyskutowały na tym fenomenem. Morot stworzył niemal idealną iluzję 3D już w XIX wieku.

 Francesco Marmitta. Precyzja, czystość i uporządkowanie tego obrazu porażały, szczególnie w galerii, wypełnionej po brzegi mętnym światłocieniem da Vinciego, rozświetlonymi mgiełką miękkościami Rafaela i łagodnością Luiniego.

A owóż i sam  Bernardino Luini. Widać szkołę Leonarda. Ale przyznam- podoba mi się bardziej, niż dzieła Mistrza. Ta miękkość światła, niedopowiedzenia, wyłaniające się z napływającego chyłkiem cienia, łagodność oblicz niezależnie od brutalności przedstawianych scen... Miodne.

Aime-Jules Dalou. Wspominałam już może, że mam slabość do białego marmuru?..

Marius-Joseph Jean Avy.

 Rewelacyjne odkrycie: i ta dziewuszka, i anioł walczący z Jakubem, to Leon Bonnat. Może i niektórzy by to nazwali prostym, dosłownym malarstwem portretowym, ale delikatność i wyczucie, z jakimi malarz wyłuskuje swoje postacie z cienia, zachwyca mnie bez granic.
 Znaki, znaki... Pierwszym "działem", do jakiego trafilismy- idąc na chybił trafił- w Orsay, byli Symboliści, mój bodaj czy nie ulubiony nurt w sztuce. A tam, poza ogromnymi ilościami Gustawów Moreau i Dore, był Edgar Maxence.
Winslow Homer. Akwareliści często traktowani są mniej poważnie, niż malarze tworzące olejne obrazy- a niezasłużenie. Właśnie akwarela to moim zdaniem prawdziwe narzędzie impresjonizmu, jak sama nazwa wskazuje: wrażenie, impresję, ulotną rzecz, można złapać tylko szybko i bez możliwości naniesienia poprawek, jak to się dzieje w przypadku malowania grubymi kluchami farby olejnej. Wdzięczne, żywe impresje Homera po prostu urzekają, a poza tym nadal uważam, że pointylizm to terapia zajęciowa ludzi z nerwicą natręctw :P
Louis Anquetin. Malarz poza tym, że fascynujący, jako jedyny chyba namalował człowiekao opętanego przez demona- spójrzcie na oczy tej kobiety...
I na koniec- Jean Baptiste Carpeaux. Prace tego rzeźbiarza podbiły moje serce. Równie żywych, przejmujących postaci, nie widziałam chyba nigdy, szczególnie w tej tańczącej grupie. Każda twarz jest inna, każda należy do konkretnej, jednostkowej osoby, na niektórych maluje się euforia i upojenie, na innych groza, z tła wychyna, ledwie widoczna, skrzywiona i pomarszczona twarzyczka paskudnego demona... Patrząc na jego rzeźby można niemal dać wiarę, że Carpeaux zaklął żywych ludzi w kamień. Tylko oczy żyją. I patrząc na gładki marmur ma się wrażenie, że pod naciskiem palców kamień okazałby się ciepły i miękki jak ciało. Wspaniałe, przecudowne dzieła, od których niemal nie sposób oderwać wzroku.

Na koniec coś, czego nie widziałam w Paryżu, ale co odkryłam teraz, szukając linków do wyżej wklejonych obrazów: Joshua Durant













środa, 11 września 2013

Komiksy

Zaczęłam się już z wolna pakować. Trzy wielkie, ciężkie kartony i kilka paczek, a z pokoju nie ubyło niemal nic.
To będzie-----ciężka przeprawa XD
Ale przedzierając się przez sterty płyt, książek i czasopism- spakowałam większość zucznych plakatów i magazynów, i układając Graphy w równe kupki miałam wrażenie, że to echo jakiegoś snu; to było tak dawno, i wydaje się teraz tak nierelne: Japonia, Takarazuka, pociągi raniutko, irimachi, demachi, ochakaie...
Ech.
No więc przedzierając się przez to wszystko, znalazłam dwa segregatory, z dwoma zaczętymi, oczywiście nie skończonymi komiksami. Z rozrzewnieniem je przeczytałam- nawet się obśmiałam parę razy.
I postanowiłam je skończyć.
Tym bardziej, że kiedy je przeglądałam, z radyjka popłynęła muzyka Mulatu Astatke, a to w moim banku pamięci jest Nara, to początki mojego pierwszego komiksu, generalne dobry twórczo czas, no trudno o lepszy ZNAK *_*
Wiem, żadna wielka sprawa; do niczego się te komiksy nie nadają, poza chyba tylko moją satysfakcją, oraz dla historii, która- banalna bo banalna- ale jedna i druga zasługuje na doprowadzenie do końca.
W wielu miejscach rysunki to jakaś zgroza; w innych- patrzę z nabożnym podziwem, że to ja narysowałam, bo w tej chwili już bym tak nie umiała. Kreska rdzewieje, nieużywana :/
Ale się postaram tak czy inaczej; na początek- postaram sie przypomnieć sobie, o co mi chodziło na tych arkuszach, które już naszkicowałam, ale którym nie porobiłam nawet zarysu treści w dymkach XD
Bo teraz, choć paczę i paczę, to nie wiem, co tam chciałam zrobić -_-
Jedno jest pewne: będę musiała podorysowywać masę plansz pomiędzy już istniejącymi- może i pomysł na historię miałam, ale scenarzysta komiksowy ze mnie żaden.
Teraz tak czytałam, i parę razy byłam wręcz zażenowana natężeniem emo-angstu tu i ówdzie, a także nawarstwieniem suspensów; ciągle drama-drama, bez momentów gładkiego nurtu fabuły, czy przeciwnie- solidnego wybuchu.
Cóż, będę miała co robić tej zimy XD
Bo wszak przeprowadzka, nowa praca, szukanie mieszkania i tego typu kwiatki to przecież mało, prawdaż...



środa, 4 września 2013

Life's a bitch and then you die

Plus zapomniałam dodać, że wystarczyła lawina spraw pracowych, jaka się na mnie zwaliła w poniedziałek, żebym się natychmiast rozchorowała.
Czyli nie tylko zmęczenie, niedospanie; stres, ba- trochę stresu wystarczy, żeby mi zdrowie wysiadło. Słowo honoru, XIX wiek, galopujące suchoty, słabowita panna dziedziczka i co tylko jeszcze. Czymsiś się zmartwię, zestresuję- i leżę osłabiona, chora, z gorączką, bez głosu.
Muszę wygrać milion. Po prostu. Praca mi nie służy, wszelki stres czy zmęczenie, wynikające z kwestii zawodowych, mi ewidentnie nie służą, poza tym nie zaczęłam jeszcze na dobre zajęć- ot, pojedyńcze lekcje tu i tam- a już mam mega awersję na ludzi.
Na chwilę obecną- I want out.
As in- OUT.

wtorek, 3 września 2013

Spleenek

Powinnam była przewidzieć, naprawdę, że wraz z nastaniem września nagle zacznę mieć bardzo mało czasu.
Nie sądziłam, że to będzie tak dosłownie początek- poniedziałek, drugi dzień tego smutnego miesiąca, i nagle praca, praca zewsząd, osacza, podkrada się, wyskakuje mailami, smsami...I już zajęcial. Prawdę mówiąc, tego wolnego miałam w sumie może tydzień i pół.
I nie, nie piszę tego kokieteryjnie, z niedbale ukrytym między wersami podtekstem "Ach, boszsz, chwili człowiek nie ma, work work, jest się rozrywanym, nie ma co, och jej... >^.^<"
Ponieważ po pierwsze- naprawdę ma to coś wspólnego z byciem rozrywanym na malutkie kawałeczki, kiedy to nie wiadomo, za co się najpierw zabrać, żeby się zebrać. 
Po drugie- bo nie miałam w tym roku (jeszcze) takich prawdziwych, porządnych wakacji. Te parę tygodni wolnego jakoś przeciekło między palcami, z czego połowa akurat przypadła na załamanie pogody, więc owszem, z lekturami nadgoniłam fest, i z graniem. 
Ale jestem zmęczona, i nie wiem, jak to zmęczenie odegnać- długie spanie nie działa, sprawdziłam.
Wczoraj na dodatek dopadł mnie moment mocnego zwątpienia; bo oto zaczyna się nowy rok zajęć. Cały-----długi------rok------
Raptem drugi rok mojej pracy w tym charakterze w 3mieście, a ja już zaczynam mieć objawy wypalenia?
I co- i tak przez następne kilka długich lat?..
Nagle poczułam, że jeśli gdzieś na przestrzeni tych paru lat nie pojawi się ten mój piękny słoneczny dom na klifie, z fortepianem w środku, to nie będzie dobrze. 
Jak ktoś ma jakieś pomysły, co można zrobić z tym wczesnojesiennym spleenem, to niechaj pisze, jeno szybko :/ 
Bo już się zaczęło...

(jakby teraz zatrzymała się przy mnie TARDIS, to bym się nawet nie zastanawiała -_-)

wtorek, 27 sierpnia 2013

Bobu san

Wiem, zawsze to mówię- ale tym razem chyba naprawdę przesadziłam XD
Nie potrafię zgadnąć, ile czasu potrwa, nim nauczę się grać ten kawałek i śpiewać go - poprawnie, a nie nieuważnie i byle jak- jednocześnie :/
Że tak powiem- zadałam sobie bobu.
Ale teraz to już naprawdę- mimo, że jedno i drugie (czyli głos i akompaniament) ma melodię prostą jak życiorys Zenka. Ale dość różną od siebie :D
No, refren jeszcze obleci; jakoś go ogarnę. Ale zwrotka? W którymś momencie albo skupiam się tyulko na graniu, albo tylko na śpiewaniu XD
Taka balladka dla hispterskich bohaterów, wyruszających w dal.

piątek, 23 sierpnia 2013

Nowy kawałek

Nowy kawałek to melodia do wiersza Fiodora Sołoguba, wiersza bez tytułu, którego jednakowoż pierwsze słowa oryginału to "Niedotykomka szaraja".
Swoją drogą, jaką straszliwą rzeczą jest próba przekazania rosyjskiego za pomocą nie-rosyjskich liter. Czy to transkrypcja, czy to transliteracja- wyglądają straszliwie. Długo mogę patrzeć na takie słowo i nie potrafić go przeczytać; podobnież się czułam, kiedy dorwałam pewnego razu rozmówki polskie dla obcokrajowców, gdzie pokuszono się o transkrypcję właśnie. W ramach zabawy czytałam sobie najpierw te zdania dla innastrańców.
"doughbshe", czy "keyyehdey" to pikuś, tam były całe zwroty, których za cholerę nie mogłam zrozumieć, nawet czytając je sobie na głos :D
Ale w przypadku rosyjskiego nie wiem, co jest gorsze: "Tyazhelye Sny" czy "Zemle zemnoe".

W każdym razie, poemat, do którego ułożyłam muzykę, mam w przekładzie Wiktora Woroszylskiego (nieocenione "Strofy z dreszczykiem"); jednakowoż, okazuje się, że tłumaczenie to jest oceniane dość negatywnie przez rusycystów.
No cóż...
Rusycystką nie jestem, a mimo to niektóre zwroty, użyte przez tłumacza, zraziły i mnie już przy pierwszym uważnym wczytaniu się w wiersz.
To jest rosyjska poezja symbolistyczna, mroczna, eteryczna, co to za jakieś "ciosy na odlew" i "trupy w kościele"? W cerkwi, jak już... Nie podobało mi się również enigmatyczne "Odgoń znakiem, jeżeli go znasz"- jakim znakiem? O co tu chodzi? Czy tam jest jakaś warstwa między wersami, której powinam się domyślić? Symbolizm symbolizmem, ale to było po prostu jakieś---nieporadne.
No to poszperałam na sieci i znalazłam oryginał.
Poszukałam trochę więcej, i znalazłam informację, kim miała być owa niepochwytnica, niedotykalny demon nicości , a także masy innych nieprzyjemnych, acz trudnych do zwerbalizowania rzeczy.
Dlatego pierwsze dwie strofy zostawiłam bez zmian; uważam je za całkiem nieźle i akuratnie przełożone. Pewnych zmian dokonałam za to w dwóch ostatnich, bo nie odpowiadały mi tam zastosowane przez tłumacza zwroty, o których wspomniałam ("na odlew", no naprawdę... To takie plebejskie :P)
Muzycznie...przez jakiś czas przeszkadzało mi to, że ta piosnka ponownie wyszła dość pogodna i raźna, czyli nie do końca przystająca do tekstu; bardziej pasowałaby do momentu sformowania się młodej drużyny poszukiwaczy przygód, którzy z jasnym spojrzeniem i odwagą sercu spoglądają w dal, wiedząc, że czekają ich srogie terminy i niejeden zapewne dramat, ale są nieulękli, bo cel ich szczytny, serca dzielne, miecze ostre, choć sakiewki pustawe, ale droga wzywa, wzywa ich PRZEZNACZENIE, itd,tp...
A tymczasem wiersz nie jest heroiczny, nie w tym klasycznym sensie, jest za to dość fatalistyczny, z posmakiem zemsty psa ogrodnika.
Ale z heroicznym zaśpiewem.
To heroiczny pies jest :D
I niestety, już przylgnęła była ona muzyka do tekstu, czy mi się to podoba czy nie- musi tak zostać. Próbowałam, naprawdę próbowałam ją umrocznić, zrobić tam jakieś "GUOOOO", "mhrooook", "zamglony paszczak" i ogólnie wyperswadować jej miecze migbłystalne i chrobrość wzniosłą - niestety.
Heroiczny pies zakopał heroicznego ogrodnika i wyruszył - z błyszczącą źrenicą- w dal, szukać nowej zagrody z pulchną ziemią w ogródku.
Know when you're beaten by your own creation, I sayz -_-

Niepochwytnica szara
Wokół wije się, czai się, czyha,
Ze mną je, ze mną śpi i oddycha
I w zagłady zamyka mnie krąg.

Niepochwytnica szara
Udręczyła złowrogim chichotem,
Obtańczyła podskokiem, zawrotem…
Bracie, wyzwól mnie z lepkich jej rąk!

Niepochwytnicę szarą
Spętaj nicią zamawiań i modlitw,
Czy to siłą, czy słowem mądrym
Przegnaj precz, jeśli starczy ci sił.

Niepochwytnicę szarą
Zniszcz choć ze mną i we mnie, w mym ciele,
By jej triumf nie zdał się na zbyt wiele,
gdy obrócę się w pył.

(celowo skróciłam ostatni wers, żeby miał inne metrum i ładnie zamknął mi piosenkę :P)
*** Acha, zapomniałam dodać: doszłam w którymś momencie do wniosku, że ta melodia do tej właśnie piosenki jednak pasuje, z dwóch powodów.
Jednym jest wspomniany rosyjski fatalizm, rodzaj spokojnej rezygnacji; to nie jest piosenka walcząca.
Drugim powodem jet fakt, że jednak tutaj jest heroizm; narrator może i przegra walkę, ale tym swoim upadkiem pociągnie cię,<dowolna wredna łajzo>, ze sobą, żebyś już nie szkodziła. To jest jak decyzja upadającego w otchłań żałośnie Balroga, który jednakowoż ostatnim dzielnym smagnięciem bicza pociągnął za sobą swojego adwersarza.
Nie galumfada, ale godniwość pełna rezygdaptacji :D